wtorek, 24 września 2024

Lek na całe zło

Tak mnie dzisiaj dopada lekki dołek w pracy- a bo to jeszcze długo trzeba tu siedzieć, a to kobiece sprawy żyć normalnie nie dają, a to zaprzątam sobie głowę wszelkimi rzeczami do załatwienia... takie zwyczajne ludzkie problemy. Słońce dzisiaj mocno świeci więc w pracy rolety mam przysłonięte, ale w tej chwili promienie nie sięgają już do mojego okna więc je odsłaniam. I przypomina mi się, że świat jest piękny. Jest też bez wątpienia zły, okrutny, zaniedbany, ale przede wszystkim piękny. Przyroda to coś niesamowitego... a ja właśnie mam takiego ratownika dobrego humoru za oknem. Drzewka, które już powoli zmieniają kolory, piękne jezioro, które ślicznie połyskuje w blasku słońca i bardziej odległy las z kilkoma stopniami wysokości koron drzew. Widok jest niesamowity i zachwycający. Wystarczy posiedzieć chwilę patrząc w okno i już jest o wiele lepiej 😀

Nie można mieć jednak wszystkiego i za oknem mojego domu nie ma jeziora, ale zadowalam się stawem i zielonymi łąkami, na których pasą się konie. Bywa też tak, że widoki nie pomagają na smutki, ale wtedy wystarczy wejść do boksu i przytulić konia. Objąć za szyję, wtulić twarz w grzywę, poczuć na policzku ciepło jego ciała i miękkość sierści. To jest mój lek na całe zło...




fot. Widok za oknem w pracy.

poniedziałek, 23 września 2024

Ekspresowy weekend

 Weekend minął nie wiadomo kiedy. W piętek nie wiele zdołałam zrobić z powodu wyjazdu do miasta, ale w sobotę już popracowałam trochę z końmi. Kasztanka pochodziła na lonży z siodłem. W niedzielę ból brzucha nie dawał mi żyć normalnie więc niestety, ale konie nic nie robiły. Dziś muszę kontynuować. Ciężko jednak pracować z koniem bez okólnika, zwłaszcza z takim koniem. Pierwszy raz w życiu dopadły mnie wątpliwości co do potencjalnego chodzenia kasztanki pod siodłem. Ułożyłam w życiu wiele koni, ale po raz pierwszy dopada mnie zwątpienie. Czy na pewno zwątpienie? Może to raczej brak cierpliwości przeze mnie przemawia? Postępy są bardzo powolne, ale jednak są więc jak to się mówi- powoli do celu. 

Muszę zakasać rękawy i po prostu robić swoje, nigdzie się nie spiesząc. Wtedy jest największa szansa na sukces. To, że marzenia się spełniają jest bardziej niż pewne- w końcu nasze niemal niemożliwe się spełniło i teraz mieszkamy na ranczo 😊 Marzeniom jednak trzeba pomagać i starać się z całych sił.. Do dzieła!

Trzeba też jak najszybciej ogarnąć słupki na okólnik i zacząć budowę.

fot. Kasztanka vel Ruda na placu do jazdy. W tle piękne zboże i płot stworzony z plandeki kiedyś przez kogoś. Jak najszybciej do zmiany 


piątek, 20 września 2024

Rześko

 Piątek od rana napawa optymizmem. Przed wyjściem do pracy oczywiście poszłam nakarmić konie. Uwielbiam wrześniowe poranki- delikatny chłodek, lekka mgła, nieśmiałe promienie słońca przebijające się pomiędzy liśćmi i rosa na trawie. Rześko i orzeźwiająco, natchnęło mnie energią na cały dzień :) Właśnie za chwilę kończę w pracy i lecę do domu, a w głowie mam już pomysły jak wykorzystać ten dzień. W stajni jest trochę rzeczy do ogarnięcia, w domu również. Najważniejsze, że są chęci i zdrowie ;) 




fot. Nasze zachody słońca i widok na pastwiska

wtorek, 17 września 2024

Jak to wszystko się zaczęło

Prowadzenie bloga należy zacząć od małego wstępu czyli od tego jak to się stało, że zostaliśmy rolnikami amatorami. No.. może coś tam wiemy, głównie ja pracuję od dwudziestu lat z końmi więc odróżniam siano od słomy i żyto od owsa ;) Na temat uprawiania ziemi nie wiemy nic..
No więc... Jako, że warto marzyć by mieć jakiś cel w życiu- tak sobie marzyliśmy wraz z mężem moim (zwanym dalej Szczeżujskim) o domu z przestronnym podwórzem i jakimś małym budynkiem gospodarczym, który można by było przerobić na stajenkę. Kilka lat temu  zmieniłam zawód na ten zgodny z wykształceniem- pracuję w szkole więc marzyłam o własnej stajni by móc pracować i w szkole i z końmi. Ja marzyłam od zawsze, a od około pięciu lat marzymy razem.

Właśnie pięć lat temu zaczęliśmy rozglądać się za jakimś domem na sprzedać. Nie mieliśmy dużych wymagań. Wystarczyłby nieduży domek, z 3 tys metrów ziemi by zrobić choć jeden padok dla dwóch koników i jakiś budyneczek do zaadaptowania na stajnię. Znaleźliśmy coś fajnego: SP, Nieduże pieniądze, fajny, dość przestronny dom ( a właściwie połowa bo to bliźniak), ponad 3 tysiące metrów kwadratowych działki i malutka szopka, z której można by coś zrobić. Udaliśmy się do doradcy i... nagle dostaliśmy telefon, że państwo jednak rezygnują ze sprzedaży. Było kilka łez, było zdenerwowanie i zawód.. Cóż. Nie udało się, ale my się nie poddaliśmy. Szukaliśmy ogłoszeń, jeździliśmy i oglądaliśmy różne nieruchomości. W końcu pojawiło się ogłoszenie. WB, dom, 1,5 h ziemi, stajnia, stodoła i garaż. To więcej niż sobie wymarzyliśmy. Cena też była zachęcająca jak na takie warunki. Pojechaliśmy porozmawiać z właścicielami. Polubiliśmy się, pan właściciel oprowadził nas po obejściu i obiecał sprzedać. Znów wycieczka do doradcy i uruchamiamy wszystko by móc starać się o kredyt hipoteczny. Po kilku tygodniach dzwoni pan właściciel, że jednak na razie on nie chce sprzedawać domu. Może za 5 lat... Byłam już wyobraźnią tak daleko, że ciężko było mi widzieć inny scenariusz niż kupno tego domu..A tu znowu to samo. Podłamałam się lekko, postanowiliśmy dać sobie chwilę przerwy z szukaniem domu. W międzyczasie ludzkość nawiedził Covid. Ceny zaczęły windować, im dalej w las tym wyższe ceny. Później ogłoszono koniec zarazy i początek wojny na Ukrainie. Ceny nadal szły w górę, na rynku nieruchomości był krach i domy, które wcześniej kosztowały 250 tys skoczyły na 400 tys. Potem było już tylko gorzej....

W międzyczasie zamieszkaliśmy u teściów i powoli zaczęłam się oswajać z myślą, że trochę tu pobędziemy. Im częściej oglądałam ogłoszenia o sprzedaży domów tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nie spełnimy swoich marzeń. Teraz każdy najmniejszy dom z działką 2 tys metrów kosztował 500 tys. zł, a coś co miało chociaż hektar dobijało prawie do miliona. Nasza zdolność kredytowa pozwalała na max 500. 

Któregoś dnia Szczeżujski wysłał mi ofertę nieruchomości. Zerknęłam na zdjęcia- no bajka. 8 hektarów, stajnie, dom tylko, że zdecydowanie powyżej naszych funduszy. Dwa razy tyle właściwie...
Ja czasami do dziś zastanawiam się jak to wszystko się stało. Z ogromnie wielkiej sumy właściciel zszedł o połowę przycinając oczywiście liczbę hektarów. Ostatecznie stanęło na tym, że nasze będą 2 hektary, dom oraz stajnia, stodoła, garaże. Dla nas full wypas. Cena przekraczała nadal nasze możliwości, ale mieliśmy jeszcze czas by trochę dozbierać.
 I tak to się zaczęło- codzienna walka by zarobić, by spełnić warunki banków, by móc spełnić marzenia. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę..totalnie. Poszliśmy w to jak w dym, a do stracenia mieliśmy na prawdę dużo. Wiedzieliśmy, że mamy do wyboru tylko wóz i przewóz, a decyzja należała nie od nas, a
od banków, oraz dobrego serca sprzedających. Ja wiedziałam, że jeśli to stracimy to nie będzie już żadnej nadziei. Można by jeszcze dużo pisać na temat ciągłego rzucania nam kłód pod nogi przez życie i przez nieżyczliwych ludzi. Droga do spełnienia marzeń była jak Afganistan. Naszpikowana wręcz minami. Do tej pory pamiętam swoje łzy kiedy bank przyznał nam kredyt. Wtedy popłakałam się ze szczęścia pierwszy raz w życiu.

I tak o to jesteśmy teraz w tym miejscu... Mamy spory kawałek ziemi, dom, stajnię, dwa konie, dwa koty i psa. Tak oto zaczęło się nasze wiejskie życie rolników amatorów.... Tak oto zaczęły spełniać się nasze marzenia.



Na fotce kawałek pastwiska i moje dwie potwornice :)