Tak ostatnio napisałam kilka słów na temat nowego "słonia" w stajni i o jego małym rozumku. Ogólnie całkiem sympatyczny młodzieniec, ale swoim wielkim dupskiem sieje spustoszenie. No i proszę ja was ostatnio przeszedł samego siebie.. Standardowo nie mógł wejść do stajni jak normalny koń tylko wepchnął się z kimś w przejście. Efektownie i z pełną gracją łupnął dupskiem w drzwi i to nie byle jak! Nie jak jakiś mierny słabeusz, co to to nie.. On łupnął dupskiem jak drwal toporem. Ino się wióry posypały. Wióry, a za wiórami całe drzwi wyleciały....
No świetnie! Zostaliśmy bez drzwi w stajni... I nie to, żeby były mi teraz do czegoś potrzebne, ale jak już ta zima zacznie się do nas kulać to przydadzą się...
Ostatnio też dziadziuś Narwalski miał mieć podane witaminy w zastrzyku. Miał jakieś niedobory i trzeba było to uzupełnić. Wet mi przywiózł i pasty na odrobaczenie i witaminki, a ja miałam je podać domięśniowo w dowolnym czasie. No to, żeby nie odkładać wszystkiego na inne dni wzięliśmy się ze Szczeżujskim za podanie witamin. Opukałam dziadkowi szyję, wbiłam igłę i podałam pół dawki, następnie obeszłam go i od drugiej strony chciałam podać resztę. Gdy tylko wbiłam igłę koń zaczął dyszeć jak parowóz i słaniać się na nogach. Widzieliście kiedyś tak duże zwierzę słaniające się? Nie wygląda to dobrze bo jak wyrżnie to najprawdopodobniej zrobi sobie krzywdę. W jego przypadku to już nie o sam potencjalny upadek chodziło, ale o całokształt... No ewidentnie wyglądało na to, że pakuje walizki na tamten świat. Szybko krzyknęłam do Szczeżujskiego, żeby go na dwór wyciągnął i chodził z nim w kółko. Ja mu tyłek podpierałam całą sobą i popychałam do przodu bo nie chciał iść. Po chwili już tylko popędzałam go bacikiem i próbowałam dobić się do weterynarza telefonicznie.
Ostatecznie oddech mu się zaczął wyrównywać i przestał się chwiać. Opanowaliśmy sytuację, najpewniej szybką reakcją i wyprowadzeniem go na świeże powietrze.
Jeden wet mówiła, że to mogło być na tle alergicznym, drugi, że reakcja na samo wkłucie. Tak jak ludzie mdleją przy pobieraniu krwi na przykład.. Ja specjalistą nie jestem, ale mi bardziej wyglądało na wstrząs, odczyn alergiczny, gdyż pojawiły się do tego wybroczyny na szyi. No, ale jak wspomniałam specjalistką nie jestem, mało tego- nie wiem, czy przez ten przypadek nie będę miała urazu do robienia zastrzyków później 😐 Ale najważniejsze, że wszystko skończyło się dobrze.




Głupie powiedzonko. Co się miało stać, to się stało niezależnie od niedzieli. Po prostu macie nawał pracy, a przy takiej ilości pracy zawsze coś pierdyknie. Ja nie rozdzielam pracy na tygodniową i niedzielną, jak trzeba coś zrobić, to robię tee w niedzielę. Nie nawarstwia mi się.
OdpowiedzUsuńPomysł z koszami bardzo fajny.
Dobrze, że konik wyszedł z tego. Nieustannie Was podziwiam, bo jak choruje zwierzę, to zmartwienie, a jak choruje duże zwierzę, to w dodatku jeszcze wysiłek fizyczny dochodzi. A konie macie silne, co potwierdza wybryk szerokozadnego.
Spokojnego tygodnia.
Też nie wierzę w powiedzonka ;) Ale tak czy inaczej ustaliłam niedzielę jako dzień odpoczynku od wszystkiego. Nooo... może nie wszystkiego bo konie nakarmić i napoić trzeba... Ale odpoczynku od rzeczy niekoniecznych :)
UsuńPodobają mi się Twoje opowieści o koniach. Tyle w nich ciepła i pasji. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńUbawiłam się po pachy czytając o Twojej czterokopytnej menażerii. Jakie sympatyczne towarzystwo! Tak skrycie i po cichu marzy mi się taka przygoda.🫣
OdpowiedzUsuńPrzyjemnej końcówki lata Wam życzę.🤗