W ostatnim poście wspomniałam o kózce, którą w zeszłym roku zobaczyłam w internecie, a która to mnie oczarowała.. Za sprawą mojej zwierzakowej intuicji postanowiłam poczekać do wiosny, aż pani, która wycofała się ze sprzedaży znów będzie chciała ją sprzedać. No i wyobraźcie sobie, że znalazłam ostatnio numer do Pani i napisałam. No i wygląda na to, że muszę ogarnąć i dopicować jej domek bo za miesiąc kózka będzie częścią naszej ferajny ;) Jeśli nic się nie zmieni oczywiście.
A wokoło robota wre. Skoro wiosna to i wiosenne porządki i naprawy szkód po zimie.
Lada moment trzeba zmienić koniom wybieg, żeby na pastwisku mogła wyrosnąć trawa. Poszłam więc po narzędzia i zrobiłam bramę z pasów transportowych i linki z prądem. Mam nadzieję, że będzie to skuteczne ogrodzenie bo ja już nie mam pomysłu jak to inaczej zrobić.
Musiałam uporządkować doniczki. Wywaliłam starą ziemię, umyłam je dokładnie, wsypałam świeżej ziemi i powsadzałam cebulki dymki by niebawem cieszyć się smakiem szczypiorku na kanapkach.
Do pojedynczych, mini doniczusi powysiewałam poziomki, w kolejce czekają cukinie. Moje pelargonie czekają, aż będę miała chwilę by pousuwać stare, zeschłe liście. Muszę to zrobić jak najszybciej, ale coś mnie bierze i nie wiem czy dziś przypadkiem po powrocie z pracy nie wskoczę pod kołdrę żeby się nieco zregenerować.
Pomalować płot i poręcze przy myjce na biało, pomalować wapnem pienie drzew, wygrabić cały podjazd.. o robocie przy koniach nie wspomnę nawet. Jest tego mnóstwo, ale jak tylko trochę się podleczę to ruszę pełną parą do pracy. Ktoś to musi zrobić.
Ostatnio wracając do domu z pracy spotkałam takich gości pasących się przy samej drodze. Zatrzymałam się, zrobiłam kilka zdjęć. Nie bały się mnie wcale.
W weekend oczywiście poterenowaliśmy. Tym razem postawiłam na szukanie nowej trasy. Czyli pojechaliśmy w nieznane. Oczywiście wcześniej sprawdziłam mniej więcej którędy jechać i jak wrócić, ale ostatecznie trasę poznaje się dopiero jadąc nią ;) W końcu trafiła się trasa z dużą ilością miejsca do galopowania. Przepiękne lasy i leśne dróżki. Coś pięknego. Chyba będziemy tam częściej jeździć. Chciałabym poznać jeszcze więcej tras, ale musimy sobie na to poświęcić cały dzień. Nowa trasa zajęła nam 3 godziny. Może, gdyby nie cyrkowanie Rudego i Neptua to zrobilibyśmy ją w dwie godziny, ale oni jak zwykle musieli się wzajemnie nakręcać. Trzy godziny w siodle to nie aż tak dużo, ale tyłek trochę bolał i kręgosłup- młoda już nie jestem, więc postanowiłam zainwestować w nowy sprzęt ułatwiający życie. Zamówiłam specjalny poddupnik żelowy zakładany na siodło- jego zadaniem jest amortyzowanie wstrząsów i ochrona kręgosłupa by nie przyjmował tego na siebie.
Może się wydawać niektórym, że jazda konna to tylko siedzenie na koniu. No niestety tak to nie wygląda. Najpierw trzeba tego konia nakłonić do poruszania się naprzód. Działają mięśnie nóg i miednicy. Jeśli konie nie chcą iść bo kolor śmietnika sąsiada im się nie podoba to trzeba te mięśnie zaangażować jeszcze bardziej. Jechać kłusem i galopem to też angażowanie mięśni by poprawnie siedzieć w siodle. Do tego dochodzą właśnie wstrząsy które obciążają kręgosłup, kolana i kostki. Czasami po takim trzygodzinnym terenie czuję się jakby rozjechał mnie walec.... Ale i tak jestem mega szczęśliwa i wyluzowana. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ryzyko poważnych wypadków bo jeździectwo to sport wysokiego ryzyka. Pod nami jest zwierzę.. całe życie uczę się przewidywać zachowanie koni i rzeczywiście będąc z nimi i ucząc się ich języka można wiele sytuacji przewidzieć, ale nigdy nie można być na 100% pewnym czy po milonie takich samych reakcji na bodziec ta milon pierwsza będzie identyczna. Koń to nie maszyna tylko żywa istota, która odczuwa ból, strach, pobudzenie i ma w sobie ogromną siłę, z której na szczęście nie zdaje sobie sprawy. W jeździectwie zdarzają się wypadki śmiertelne. Zdarza się, że koń po prostu się poślizgnie i niefortunnie upadnie przygniatając jeźdźca. Można zatem powiedzieć, że igramy ze śmiercią.
Na szczęście wynaleziono wiele udogodnień i sprzętów zmniejszających negatywny wpływ na ciało jeźdźców. Różnego rodzaju kaski, które chronią naszą głowę podczas upadku, strzemiona, które odciążają kolana i kostki czy właśnie takie nakładki żelowe, które amortyzują kręgosłup. Są też różnego rodzaju kamizelki, które mają za zadanie chronić korpus przy upadku... to co ostatnio jest hitem wśród koniarzy to kamizelki wybuchowe.. Nie są sztywne i twarde jak te stare kamizelki tylko elastyczne. Sznurek, który wystaje z kamizelki podpina się do siodła. W momencie, gdy jeździec spada z konia sznurek zostaje wyciągnięty, a kamizelka w ułamku sekundy napełnia się gazem- coś jak samopompujące się pontony ratunkowe. Kamizelka napełnia się gazem tak szybko, że w momencie upadku lądujemy już na miękkiej poduszce powietrznej, a nie na twardej ziemi. Niesamowite jest to, jak z biegiem lat sprzęt jeździecki jest udoskonalany. Z dzieciństwa pamiętam jeszcze toczki zamiast kasków, które nie miały nawet, żadnej wyściółki w środku, i których nie zapinało się wcale, tylko zakładało się nie raz już rozciągniętą gumkę na brodę. O kamizelkach nikt nie słyszał, nawet tych twardych i niewygodnych. Strzemiona- tylko ciężkie stalowe- które wszystkie wstrząsy przekazywały w kostki i kolana. O bezpieczeństwie koni też mało mówiono. Dentysta? Jaki dentysta? Odrobaczanie, odpiaszczanie? A po co? ;) Oj dużo zaszło zmian w jeździectwie. Na szczęście na plus dla koni i dla jeźdźców.
Edit: Odebrałam nakładkę na siodło, ale okazała się za mała :( Muszę poszukać innej, bardziej uniwersalnej...
Edit2: Odesłałam nakładkę, ale na razie nie kupuję innej bo wpadłam na pewien pomysł ;) Zobaczymy czy mój wynalazek się sprawdzi...













