piątek, 20 marca 2026

Wiosna pod znakiem wkrętarki, pędzla i doniczek

 W ostatnim poście wspomniałam o kózce, którą w zeszłym roku zobaczyłam w internecie, a która to mnie oczarowała.. Za sprawą mojej zwierzakowej intuicji postanowiłam poczekać do wiosny, aż pani, która wycofała się ze sprzedaży znów będzie chciała ją sprzedać. No i wyobraźcie sobie, że znalazłam ostatnio numer do Pani i napisałam. No i wygląda na to, że muszę ogarnąć i dopicować jej domek bo za miesiąc kózka będzie częścią naszej ferajny ;)  Jeśli nic się nie zmieni oczywiście.

A wokoło robota wre. Skoro wiosna to i wiosenne porządki i naprawy szkód po zimie. 

Lada moment trzeba zmienić koniom wybieg, żeby na pastwisku mogła wyrosnąć trawa. Poszłam więc po narzędzia i zrobiłam bramę z pasów transportowych i linki z prądem. Mam nadzieję, że będzie to skuteczne ogrodzenie bo ja już nie mam pomysłu jak to inaczej zrobić. 




Musiałam uporządkować doniczki. Wywaliłam starą ziemię, umyłam je dokładnie, wsypałam świeżej ziemi i powsadzałam cebulki dymki by niebawem cieszyć się smakiem szczypiorku na kanapkach.

Do pojedynczych, mini doniczusi powysiewałam poziomki, w kolejce czekają cukinie. Moje pelargonie czekają, aż będę miała chwilę by pousuwać stare, zeschłe liście. Muszę to zrobić jak najszybciej, ale coś mnie bierze i nie wiem czy dziś przypadkiem po powrocie z pracy nie wskoczę pod kołdrę żeby się nieco zregenerować. 



Pomalować płot i poręcze przy myjce na biało, pomalować wapnem pienie drzew, wygrabić cały podjazd.. o robocie przy koniach nie wspomnę nawet. Jest tego mnóstwo, ale jak tylko trochę się podleczę to ruszę pełną parą do pracy. Ktoś to musi zrobić.


Ostatnio wracając do domu z pracy spotkałam takich gości pasących się przy samej drodze. Zatrzymałam się, zrobiłam kilka zdjęć. Nie bały się mnie wcale.




W weekend oczywiście poterenowaliśmy. Tym razem postawiłam na szukanie nowej trasy. Czyli pojechaliśmy w nieznane. Oczywiście wcześniej sprawdziłam mniej więcej którędy jechać i jak wrócić, ale ostatecznie trasę poznaje się dopiero jadąc nią ;) W końcu trafiła się trasa z dużą ilością miejsca do galopowania. Przepiękne lasy i leśne dróżki. Coś pięknego. Chyba będziemy tam częściej jeździć. Chciałabym poznać jeszcze więcej tras, ale musimy sobie na to poświęcić cały dzień. Nowa trasa zajęła nam 3 godziny. Może, gdyby nie cyrkowanie Rudego i Neptua to zrobilibyśmy ją w dwie godziny, ale oni jak zwykle musieli się wzajemnie nakręcać. Trzy godziny w siodle to nie aż tak dużo, ale tyłek trochę bolał i kręgosłup- młoda już nie jestem, więc postanowiłam zainwestować w nowy sprzęt ułatwiający życie. Zamówiłam specjalny poddupnik żelowy zakładany na siodło- jego zadaniem jest amortyzowanie wstrząsów i ochrona kręgosłupa by nie przyjmował tego na siebie. 







Może się wydawać niektórym, że jazda konna to tylko siedzenie na koniu. No niestety tak to nie wygląda. Najpierw trzeba tego konia nakłonić do poruszania się naprzód. Działają mięśnie nóg i miednicy. Jeśli konie nie chcą iść bo kolor śmietnika sąsiada im się nie podoba to trzeba te mięśnie zaangażować jeszcze bardziej. Jechać kłusem i galopem to też angażowanie mięśni by poprawnie siedzieć w siodle. Do tego dochodzą właśnie wstrząsy które obciążają kręgosłup, kolana i kostki. Czasami po takim trzygodzinnym terenie czuję się jakby rozjechał mnie walec.... Ale i tak jestem mega szczęśliwa i wyluzowana. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ryzyko poważnych wypadków bo jeździectwo to sport wysokiego ryzyka. Pod nami jest zwierzę.. całe życie uczę się przewidywać zachowanie koni i rzeczywiście będąc z nimi i ucząc się ich języka można wiele sytuacji przewidzieć, ale nigdy nie można być na 100% pewnym czy po milonie takich samych reakcji na bodziec ta milon pierwsza będzie identyczna. Koń to nie maszyna tylko żywa istota, która odczuwa ból, strach, pobudzenie i ma w sobie ogromną siłę, z której na szczęście nie zdaje sobie sprawy. W jeździectwie zdarzają się wypadki śmiertelne. Zdarza się, że koń po prostu się poślizgnie i niefortunnie upadnie przygniatając jeźdźca. Można zatem powiedzieć, że igramy ze śmiercią. 

Na szczęście wynaleziono wiele udogodnień i sprzętów zmniejszających negatywny wpływ na ciało jeźdźców. Różnego rodzaju kaski, które chronią naszą głowę podczas upadku, strzemiona, które odciążają kolana i kostki czy właśnie takie nakładki żelowe, które amortyzują kręgosłup. Są też różnego rodzaju kamizelki, które mają za zadanie chronić korpus przy upadku... to co ostatnio jest hitem wśród koniarzy to kamizelki wybuchowe.. Nie są sztywne i twarde jak te stare kamizelki tylko elastyczne. Sznurek, który wystaje z kamizelki podpina się do siodła. W momencie, gdy jeździec spada z konia sznurek zostaje wyciągnięty, a kamizelka w ułamku sekundy napełnia się gazem- coś jak samopompujące się pontony ratunkowe. Kamizelka napełnia się gazem tak szybko, że w momencie upadku lądujemy już na miękkiej poduszce powietrznej, a nie na twardej ziemi. Niesamowite jest to, jak z biegiem lat sprzęt jeździecki jest udoskonalany. Z dzieciństwa pamiętam jeszcze toczki zamiast kasków, które nie miały nawet, żadnej wyściółki w środku,  i których nie zapinało się wcale, tylko zakładało się nie raz już rozciągniętą gumkę na brodę. O kamizelkach nikt nie słyszał, nawet tych twardych i niewygodnych. Strzemiona- tylko ciężkie stalowe- które wszystkie wstrząsy przekazywały w kostki i kolana. O bezpieczeństwie koni też mało mówiono. Dentysta? Jaki dentysta? Odrobaczanie, odpiaszczanie? A po co? ;)  Oj dużo zaszło zmian w jeździectwie. Na szczęście na plus dla koni i dla jeźdźców.

Edit: Odebrałam nakładkę na siodło, ale okazała się za mała :( Muszę poszukać innej, bardziej uniwersalnej... 

Edit2: Odesłałam nakładkę, ale na razie nie kupuję innej bo wpadłam na pewien pomysł ;) Zobaczymy czy mój wynalazek się sprawdzi...


piątek, 13 marca 2026

Zwierzakowa intuicja

 W ostatnim poście wspomniałam, że mam jakąś taką niewyjaśnioną zdolność, która polega na tym, że wszystkie zwierzęta, które wybiorę są świetnymi zwierzętami. I nie jest to bynajmniej spowodowane tym, że są moje więc je kocham. Wiadomo, że swoje własne zwierzęta się kocha bez względu na wszystko i widzi jako najpiękniejsze i najwspanialsze. Tak jak dzieci. No, ale nie w tym rzecz. Ja sama początkowo nie zwróciłam na to uwagi. Szczeżujski kiedyś powiedział, że ja to potrafię fajne zwierzaki wybrać. I jak się nad tym zastanowić to jest prawda... Ale zacznijmy od początku.

1) Molly

Zaczęło się tak, że w roku 2015 nadszedł w końcu ten moment, że postanowiłam przygarnąć psa. Zawsze chciałam mieć psa, myślałam o tym niejednokrotnie, ale starałam się myśleć odpowiedzialnie i na chłodno. Przyszedł czas, kiedy to stwierdziłam, że jestem w stanie odpowiednio zaopiekować się psem. Nie chciałam kupować psa, wolałam przygarnąć. Moim marzeniem było wziąć szczeniaczka i wychować go po swojemu. Odwiedziłam okoliczne schronisko, ale szczeniąt nie mieli. Wtedy pomyślałam, że może to znak, żeby wziąć psa dorosłego? Przeszłam się po schronisku, ale dwa pieski o które zapytałam nie były do adopcji...No cóż. Może to jeszcze nie czas?
Ale nie... ze mną nie jest tak łatwo. Ja jak się na coś uprę to jestem w gorącej wodzie kąpana.. Ten psiak tak mi w głowie siedział.. Zaczęły się przeglądania ogłoszeń w internecie. Oglądałam różne szczenięta, ale to albo zarezerwowane, albo za daleko. No cóż. Postanowiłam, że codziennie będę zaglądać na olx, żeby nie przegapić okazji. Pewnego dnia zadzwonił do mnie znajomy, że zna takiego rolnika, który ma za dużo psów i chce je rozdać bo suka się oszczeniła, ale to już ponad pół roku temu. A tak właściwie to i może z 8. No ok, czyli nie takie szczenięta... Bardziej dorosłe niż malutkie. Niechętnie, ale kierowana ciekawością pojechałam z rzeczonym znajomym do tego rolnika. Na podwórzu jak w zoo. Kojec za kojcem, buda za budą. Można było zwiedzać i oglądać. Naliczyłam 11 psów. Jedna suczka wpadła mi w oko. Kremowo-biała, była prześliczna... ale....No właśnie. Co mną kierowało? Nie wiem. Podobała mi się bardzo, ale z jakichś powodów się wahałam. Miałam już wychodzić i wcisnąć bajkę, że się zastanowię, ale owy pan rolnik krzyknął, że jeszcze jeden tam na końcu jest. Przewróciłam oczami ze zniecierpliwienia, że i tak to nie to co szukam i wkurzona faktem, że mamy XXI wiek, a ludzie jeszcze o sterylizacji nie słyszeli. Westchnęłam i poszłam... I tam na końcu siedziała ona. Smutna, skulona, łaciata. Widziałam wcześniej kilka innych, które podobały mi się bardziej, ale podeszłam. Podeszłam, a ona nieśmiało wspięła się i oparła łapkami o moje kolana. I spojrzała.... Wszystkich tych psów było mi szkoda, niektóre z nich do tego podobały mi się bardzo... ale ona miała coś w swoim spojrzeniu. Coś takiego, że parę sekund po tym jak spojrzała mi w oczy odwróciłam się do pana rolnika i powiedziałam, żeby dał mi chwilę bo muszę pojechać po smycz, obrożę i inne potrzebne rzeczy.

Czasami mam wrażenie, że to ona wybrała mnie. Ona tym spojrzeniem potrafiła przekazać mi, że jesteśmy dla siebie stworzone.

Od samego początku była psem idealnym. No może nieco bojaźliwym, ale oprócz tego bezproblemowym. Była tak zapatrzona we mnie, że nie miałam z nią nigdy żadnych problemów. Trzymała się blisko mnie, nigdy nie uciekła choć była puszczana luzem. Dogadywała się z innymi psami...I bez wahania mogę stwierdzić, że kocha mnie bardziej niż samą siebie. A ja...też ją kocham bardziej niż samą siebie. Nie wybrałam jej na podstawie wieku, koloru, piękna czy charakteru, którego nie znałam. Wybrałam ją poprzez spojrzenie. Zupełnie przypadkiem.. I to był najlepszy wybór w moim życiu. To moja najwierniejsza przyjaciółka, która jest ze mną na dobre i na złe.

Najwspanialsza <3


2) Frytka

Dokładnej daty nie pamiętam, ale było to jakieś 4 lata temu. Mieszkaliśmy wtedy u teściowej. Ja zawsze chciałam mieć dużo zwierząt, ale z uwagi na to, że nie byliśmy na swoim to musiałam się ograniczyć tylko do Molki. Pewnego dnia jednak Szczeżujski oznajmił mi, że nikt nie ma nic przeciwko kotu i możemy jednego wziąć. Po kota pojechaliśmy do znajomego ośrodka wypoczynkowego. Niestety kiedyś przypałętał się tam kot, którego dokarmiali i tak z jednego zrobiło im się stadko. Szukali więc domów dla tych kotów. Do wyboru do koloru- małe, duże, kotki, kocurki... Spodobał mi się najmniejszy, troszkę dziki kotek, ale to nie był ten kotek... Dlaczego spośród tylu kotów wybrałam Frytkę? A no nie wiem... wszak w jej oczach nie widziałam nic nadzwyczajnego... może dlatego, że jak do niej mówiłam to ona mi odpowiadała? Miałkała do mnie w odpowiedzi. W każdym bądź razie dostrzegłam coś w niej. Nie wybrałam tego, który podobał mi się wizualnie tylko tą, która gadała ze mną w swoim języku. Do dziś Frytka to nasz drugi pies, nie kot. Chodzi z nami na ryby, do lasku, na pola.. Dwoje ludzi, pies i kot.  Frytka obecnie jest wysterylizowaną kotką, ale w momencie, gdy zamieszkaliśmy na naszej "farmie" nie była jeszcze wysterylizowana. Skoro już mamy odpowiednie warunki na to, to postanowiliśmy, że dwa koty będą lepiej pilnować gospodarstwa przed myszami.. Mogliśmy przygarnąć jakiegoś kota tak jak Frytkę, ale chcieliśmy mieć dzieciaka od niej. I tak oto w naszym życiu pojawiła się Kostka, która jest najpocieszniejszym kotem świata :) Teraz już obie kotki są wysterylizowane i dzielnie łapią myszy w stodole. Dzięki temu, że na noc przebywają w domu, nie mamy też ani jednej myszki w domu. Nie potrzebuję łapek, trutek i innych wynalazków, one mi wystarczą :) Zanim ktoś napisze, że koty wychodzące są narażone na niebezpieczeństwo- my mieszkamy na tak zwanej "kolonii". Daleko od ruchliwej szosy. Dookoła same pola. W sąsiedztwie dwa psy, które kumplują się z nimi ;) Tak więc to one są ewentualnym zagrożeniem dla ptaszków chociażby nad czym ubolewam... ale na szczęście rzadko się na nie czają.

Frytka z małą Kostką :)


3) Aprilia

Moja mała blondyneczka. Jak wprowadziliśmy się na naszą farmę od razu szukałam jakiegoś konia do kupienia, wszak poprzedni właściciel obiecał mi Wanessę, a koń jest zwierzęciem stadnym i nie może przebywać sam. W ogłoszeniach znalazłam tą naszą blondyneczkę. To nie był wybór po zdjęciu. Tu decyzję o kupnie podjęłam dopiero, gdy pojechałam ją zobaczyć. Mały dzieciaczek nieprzyzwyczajony do ludzi to był. Miała swoją jedną kumpelkę i tylko z nią przebywała, ludzie tylko wypuszczali ją na zewnątrz i karmili. Początkowo była strachliwa, wystraszyła się gdy Szczeżujski poklepał ją po szyi. Teoretycznie coś co nie powinno mi się spodobać... Ale zobaczyłam, że mimo swojego strachu jest całkiem ciekawska. Wiedziałam, że przy odpowiednim podejściu będzie fajnym koniskiem. Decyzja podjęta, młoda przyjechała do nas i niestety rozpoczęło się żmudne leczenie nogi, którą sobie uszkodziła przy załadunku i które trwało trzy miesiące. Trzy miesiące codziennego oblewania nogi wodą i posypywania... Rana się zagoiła, my wylaliśmy hektolitry wody i wydaliśmy kupę pieniędzy na weterynarza, ale młoda przy codziennych zabiegach stała się coraz spokojniejsza i coraz bardziej pro ludzka.  Okazało się, że wystarczyło poświęcić jej uwagę i stała się super grzeczną kobyłką, która niczego się nie boi.

Nazywam ją "Niunieczką" i tak chyba zostanie już zawsze :)


4) Dergano

Niektórzy z was znają dobrze tą historię bo działa się rok temu. Miałam dwa swoje koniki. Aprilię i Wanessę. Aprilka jeszcze była za młoda na to, żeby przyuczać ją do siodła, a z Wanessą próbowałam już kupę czasu. Pół roku codziennej pracy z nią. Pracowałyśmy nad zaufaniem, chodzenie na lonży, na spokojnie i bez pośpiechu. Niestety miała ona już 18 lat czyli była koniem starszym, nigdy nie uczonym siodła... mocno elektryczna i strachliwa.. Niektórych rzeczy nie da się wypracować tak szybko... efekty mojej pracy były widoczne, ale nadal nie nadawała się pod siodło, mało tego... była niebezpieczna. Nawet jeśli kiedykolwiek udałby się ją ujeździć to i tak byłby to koń niebezpieczny, na którym wolałabym nie narażać swojego zdrowia i życia..
Za sprawą Szczeżujskiego postanowiłam ją sprzedać. Sama też o tym myślałam, ale nie miałam siły.. Przez pół roku męczenia w kółko tych samych ćwiczeń przywiązałam się do niej. Nie obchodziło mnie już to czy będzie chodzić pod siodłem czy nie, ale Szczeżujski słusznie sprowadził mnie na ziemię. Postanowiłam więc sprzedać Wanessę komuś kto ma hodowlę ze względu na dobry paszport.. a sama kupić konia dla siebie, na którym w końcu będę mogła jeździć. Z Rudym to było tak, że jak go zobaczyłam w ogłoszeniu to nie obchodziła mnie odległość jaką muszę pokonać, żeby go tu przywieźć. Jedynym ograniczeniem były pieniądze.. Zazwyczaj jak się nie ma pieniędzy to się nie kupuje... No ja też tak robię bo co począć.. Ale nie tym razem. Poruszyłam niebo i ziemię żeby uzbierać wymaganą kwotę. Wyciągnęłam oszczędności z PPK, zrobiłam zrzutkę, pożyczyłam od siostry z obietnicą, że oddam jak dostanę trzynastkę. I udało się. Wynajęłam koniowóz i wraz z D i jeszcze jednym kolegą wyruszyliśmy w trasę. Z pomorza jechaliśmy na śląsk. Wyjechaliśmy o północy z soboty na niedzielę, żeby być na miejscu w niedzielę rano.. Nie spałam od soboty 7 rano do niedzieli 22. W niedzielę rano odebraliśmy konia, dopełniliśmy formalności... I bez zastanowienia wzięłam tego zapadniętego, chudego szkapka. Na zdjęciach nie było widać by był chudy lub zapadnięty.. On miał coś w wyrazie pyszczka takiego co mnie przekonywało. Przyjechał ze mną do nowego domu i obecnie czuje się świetnie. Jest grubaskiem, ma kupione dopasowane, drogie siodło by nie obijało mu pleców. Zbadał go weterynarz, miał zrobiony masaż. Jest kochany. Tak jak podpowiadała mi intuicja. Miś misiasty, przytulak, mądraliński. Nie mogłam wybrać lepiej. Niewiele osób by go kupiło właśnie ze względu na ten kręgosłup. Sama biłam się z myślami. Trzeźwo myślący kupujący  nie kupiłby tego konia. A ja zdając sobie sprawę z tego, że może nie być do końca zdrowy kupiłam go... I nie żałuję :)

Spełnienie moich marzeń



Na chwilę obecną nie mamy więcej zwierząt. Reszta koni ma swoich właścicieli, ja jestem tylko opiekunem. Kostka nie została wybrana tylko jest fajnym dzieciakiem fajnej Frytki. Wanessę dostałam, nie wybrałam i niestety dostałam chyba najdzikszego konia jakiego mogli mi podarować...

Planuję niebawem kupić kozę, owieczkę i kaczki. Może też kurki... Zawsze marzyłam o zwierzakach na farmie..

Taka ciekawostka- kozę planowałam kupić już jesienią. Wśród ogłoszeń jedno szczególnie zwróciło moją uwagę.. Spojrzenie... znów to spojrzenie. W tych oczkach było coś co mnie urzekło... Pani chciała sprzedać kozę ponieważ inne ją ciągle bodły, ale ostatecznie wycofała się ze sprzedaży bo chciała jeszcze mieć koźlęta od tej kózki. I powiedziała, że może w okolicy kwietnia na wiosnę ją sprzeda...

I zgadnijcie co? .....Tak..... czekam na nią pół roku bo znowu mam to przekonanie, że to jest TO zwierzę ;) 




Tak dla równowagi dodam, że to nie działa w przypadku ludzi... Z reguły wybieram źle...


wtorek, 3 marca 2026

Solidna dawka szczęścia

 Doczekałam się. Nareszcie się doczekałam...  Temperatury mamy takie, że śnieg topnieje w oka mgnieniu. Na polach co prawda jest go jeszcze sporo, ale zmienił się w taką śnieżną kaszkę, która jest łatwa do przebycia. 

Dzwonię w piętek do D i mówię: Stary, nie interesuje mnie co robisz w sobotę, odwołuj randki i wpadaj mi tu bo jedziemy w teren!

 D postąpił  jak na prawdziwego przyjaciela przystało.. Odwołał randki, bo dla nas koniarzy nie randkowanie jest ważne tylko ta pasja! No i przyjechał.

I tak oto w sobotę wraz z D, ogarnęliśmy konie i wybraliśmy się w ten długo wyczekiwany teren. My w siodłach nie siedzieliśmy ponad 2 miesiące więc siedzenia nasze szanowne tyłkami zwane odzwyczaiły się od tej czynności na tyle, że w chwili obecnej (3 dni po) odczuwam zakwasy od stóp do głów.



No więc najpierw mieliśmy zacny plan wzięcia rumaków na lonżę i przepędzenia ich co by nie chciały nas pozabijać jak wsiądziemy na nie po takiej przerwie, ale ostatecznie zabrakło nam czasu i jak to zawsze ja oznajmiłam....A kij tam! Jedziemy na żywioł. No to pojechaliśmy na żywioł. Czułam się niczym Wonder Woman, nieustraszona i gotowa na wszystko. A nasze konie wcale nie zamierzały nas mordować, poszły z nami w ten teren jak potulne kotki. I powietrze uszło z mego balonika w kształcie super nieustraszonej bohaterki 😅
Nie licząc początkowych cofanek to tren poszedł nam całkiem fajnie. Rudy i Neptun mają to do siebie, że zgapiają od siebie wszystko jak papugi. Jeden się wystraszy to drugi też. Jeden się cofa zamiast iść do przodu? Drugi to samo. Jak nie chcą iść to oba na raz, a jak już idą to też jeden przez drugiego. Koszmar z nimi czasem. No ale to nic innego tylko nasze pobłażanie. Po coś jednak te baciki istnieją i trzeba takiego popędzacza zabrać ze sobą bo niedługo nam konie zaczną robić co chcą.

Gdzieniegdzie na drogach był jeszcze lód, zwłaszcza na drogach prowadzących przez zagajniki tam gdzie słońce ma ciężko się przebić. Jechaliśmy powolutku niczym saperzy siedzący na bombie, ale na szczęcie był to tylko kawałeczek i na szczęście nie było aż tak ślisko. Konie poradziły sobie bez problemu. Cały nasz wyjazd był głównie stępem, bez szaleństw, ale w drodze powrotnej jeszcze postanowiłam, że sobie zagalopujemy. I tak polecieliśmy sobie polami w drogę powrotną i powiem wam.... nie wie nikt jakie kto uczucie.. Wie tylko ten, który pędził galopem po polu z rozwianymi włosami... Mieszanka adrenaliny i poczucia wolności, tak wygląda właśnie szczęście, pasja...



Nie żeby było zbyt kolorowo bo jednak na koniec konie postanowiły nam uatrakcyjnić nieco ten galop i zaczęły zwinnie wywijać baranki i urządziły nam małe rodeo. Ale, że Wonder Woman już dawno została odesłana to adrenalina podskoczyła nam nieco 😜 Na szczęście mimo długiej przerwy nie daliśmy się i zostaliśmy na górze, nikt nie sprawdzał jakości podłoża przy pomocy twarzy 😅

Po powrocie porobiliśmy koniom kopytka, włączyliśmy nawet livea w słynnych mediach społecznościowych, tak że znajomi mogli z nami siedzieć w stajni i czyścić konie ;) Wirtualnie.

Dużo radochy dał mi ten dzień, oczywiście zapomniałam o wszystkich smutkach i liczyło się dla mnie tylko to co robię w danym momencie. Szczęście było na pierwszym miejscu. Jeszcze ekscytacja, adrenalina i po prostu wolność. Poprawiło mi to znacznie humor. Co prawda smuteczki znów zaczynają się przebijać, ale słoneczne dni pomagają i wzmacniają ten murek szczęścia, który stworzyły konie i ten wyjazd w teren. Przede wszystkim mam więcej siły by z tym walczyć. Tereny czynią cuda!



Aktualnie moje zmartwienia są pochowane i jedynym co mnie uwiera jest to, że chodzę jak kowboj bo zakwasy w przywodzicielach tak pieką, że nie pozwalają na normalne chodzenie 😅 Ale wystarczy się rozruszać i wsiąść znowu na konia. Im częściej się jeździ tym szybciej owe niedogodności znikają i przestają występować następnym razem.

I teraz... być dobrej myśli i na razie nie myśleć o problemach.. To będzie przepis na odrobinę oddechu.


PS: 23 lutego minął dokładnie rok odkąd Rudy jest ze mną 💓 Ten rok był wspaniały dzięki niemu. Jest wspaniałym przyjacielem. Ja mu daję wszystko co najlepsze, zadbałam o niego po tym jak przyjechał do mnie chudy i zapadnięty, a on mi codziennie rano daje rżenie i przytulasy pyszczkiem. Tak jak pisałam rok temu- już po zdjęciach się zakochałam i jak zwykle okazało się, że się nie myliłam. Mam tego czuja jeśli chodzi o zwierzęta i nie wiem czym to jest spowodowane. Zawsze te zwierzaki, które ja wybieram z jakiegoś powodu są  bezproblemowe i kochane. Cieszę się, że nasza wspólna historia się zaczęła i tak sobie trwa. Cieszę się, że poruszyłam niebo i ziemię żeby uzbierać kwotę na kupno tego konia. Może to niepoważne, ale to było dla mnie kwestią życia i śmierci. Coś niewytłumaczalnego pchało mnie żeby kupić koniecznie tego konia...

Po przyjeździe miałam wątpliwości. Był chudy, jego grzbiet był wygięty lordozą. Obawiałam się, że może być chory. Tak czy siak zaryzykowałam... Odkarmiłam, popracowałam nad mięśniami grzbietu, dobrałam odpowiedni sprzęt, zbadałam... i jest dla mnie wspaniałym przyjacielem..

Zdjęcie zrobione dokładnie rok temu:


Oby czekało nas jeszcze wiele wspólnie spędzonych lat 💖