W ostatnim poście wspomniałam, że mam jakąś taką niewyjaśnioną zdolność, która polega na tym, że wszystkie zwierzęta, które wybiorę są świetnymi zwierzętami. I nie jest to bynajmniej spowodowane tym, że są moje więc je kocham. Wiadomo, że swoje własne zwierzęta się kocha bez względu na wszystko i widzi jako najpiękniejsze i najwspanialsze. Tak jak dzieci. No, ale nie w tym rzecz. Ja sama początkowo nie zwróciłam na to uwagi. Szczeżujski kiedyś powiedział, że ja to potrafię fajne zwierzaki wybrać. I jak się nad tym zastanowić to jest prawda... Ale zacznijmy od początku.
1) Molly
Zaczęło się tak, że w roku 2015 nadszedł w końcu ten moment, że postanowiłam przygarnąć psa. Zawsze chciałam mieć psa, myślałam o tym niejednokrotnie, ale starałam się myśleć odpowiedzialnie i na chłodno. Przyszedł czas, kiedy to stwierdziłam, że jestem w stanie odpowiednio zaopiekować się psem. Nie chciałam kupować psa, wolałam przygarnąć. Moim marzeniem było wziąć szczeniaczka i wychować go po swojemu. Odwiedziłam okoliczne schronisko, ale szczeniąt nie mieli. Wtedy pomyślałam, że może to znak, żeby wziąć psa dorosłego? Przeszłam się po schronisku, ale dwa pieski o które zapytałam nie były do adopcji...No cóż. Może to jeszcze nie czas?
Ale nie... ze mną nie jest tak łatwo. Ja jak się na coś uprę to jestem w gorącej wodzie kąpana.. Ten psiak tak mi w głowie siedział.. Zaczęły się przeglądania ogłoszeń w internecie. Oglądałam różne szczenięta, ale to albo zarezerwowane, albo za daleko. No cóż. Postanowiłam, że codziennie będę zaglądać na olx, żeby nie przegapić okazji. Pewnego dnia zadzwonił do mnie znajomy, że zna takiego rolnika, który ma za dużo psów i chce je rozdać bo suka się oszczeniła, ale to już ponad pół roku temu. A tak właściwie to i może z 8. No ok, czyli nie takie szczenięta... Bardziej dorosłe niż malutkie. Niechętnie, ale kierowana ciekawością pojechałam z rzeczonym znajomym do tego rolnika. Na podwórzu jak w zoo. Kojec za kojcem, buda za budą. Można było zwiedzać i oglądać. Naliczyłam 11 psów. Jedna suczka wpadła mi w oko. Kremowo-biała, była prześliczna... ale....No właśnie. Co mną kierowało? Nie wiem. Podobała mi się bardzo, ale z jakichś powodów się wahałam. Miałam już wychodzić i wcisnąć bajkę, że się zastanowię, ale owy pan rolnik krzyknął, że jeszcze jeden tam na końcu jest. Przewróciłam oczami ze zniecierpliwienia, że i tak to nie to co szukam i wkurzona faktem, że mamy XXI wiek, a ludzie jeszcze o sterylizacji nie słyszeli. Westchnęłam i poszłam... I tam na końcu siedziała ona. Smutna, skulona, łaciata. Widziałam wcześniej kilka innych, które podobały mi się bardziej, ale podeszłam. Podeszłam, a ona nieśmiało wspięła się i oparła łapkami o moje kolana. I spojrzała.... Wszystkich tych psów było mi szkoda, niektóre z nich do tego podobały mi się bardzo... ale ona miała coś w swoim spojrzeniu. Coś takiego, że parę sekund po tym jak spojrzała mi w oczy odwróciłam się do pana rolnika i powiedziałam, żeby dał mi chwilę bo muszę pojechać po smycz, obrożę i inne potrzebne rzeczy.
Czasami mam wrażenie, że to ona wybrała mnie. Ona tym spojrzeniem potrafiła przekazać mi, że jesteśmy dla siebie stworzone.
Od samego początku była psem idealnym. No może nieco bojaźliwym, ale oprócz tego bezproblemowym. Była tak zapatrzona we mnie, że nie miałam z nią nigdy żadnych problemów. Trzymała się blisko mnie, nigdy nie uciekła choć była puszczana luzem. Dogadywała się z innymi psami...I bez wahania mogę stwierdzić, że kocha mnie bardziej niż samą siebie. A ja...też ją kocham bardziej niż samą siebie. Nie wybrałam jej na podstawie wieku, koloru, piękna czy charakteru, którego nie znałam. Wybrałam ją poprzez spojrzenie. Zupełnie przypadkiem.. I to był najlepszy wybór w moim życiu. To moja najwierniejsza przyjaciółka, która jest ze mną na dobre i na złe.
2) Frytka
Dokładnej daty nie pamiętam, ale było to jakieś 4 lata temu. Mieszkaliśmy wtedy u teściowej. Ja zawsze chciałam mieć dużo zwierząt, ale z uwagi na to, że nie byliśmy na swoim to musiałam się ograniczyć tylko do Molki. Pewnego dnia jednak Szczeżujski oznajmił mi, że nikt nie ma nic przeciwko kotu i możemy jednego wziąć. Po kota pojechaliśmy do znajomego ośrodka wypoczynkowego. Niestety kiedyś przypałętał się tam kot, którego dokarmiali i tak z jednego zrobiło im się stadko. Szukali więc domów dla tych kotów. Do wyboru do koloru- małe, duże, kotki, kocurki... Spodobał mi się najmniejszy, troszkę dziki kotek, ale to nie był ten kotek... Dlaczego spośród tylu kotów wybrałam Frytkę? A no nie wiem... wszak w jej oczach nie widziałam nic nadzwyczajnego... może dlatego, że jak do niej mówiłam to ona mi odpowiadała? Miałkała do mnie w odpowiedzi. W każdym bądź razie dostrzegłam coś w niej. Nie wybrałam tego, który podobał mi się wizualnie tylko tą, która gadała ze mną w swoim języku. Do dziś Frytka to nasz drugi pies, nie kot. Chodzi z nami na ryby, do lasku, na pola.. Dwoje ludzi, pies i kot. Frytka obecnie jest wysterylizowaną kotką, ale w momencie, gdy zamieszkaliśmy na naszej "farmie" nie była jeszcze wysterylizowana. Skoro już mamy odpowiednie warunki na to, to postanowiliśmy, że dwa koty będą lepiej pilnować gospodarstwa przed myszami.. Mogliśmy przygarnąć jakiegoś kota tak jak Frytkę, ale chcieliśmy mieć dzieciaka od niej. I tak oto w naszym życiu pojawiła się Kostka, która jest najpocieszniejszym kotem świata :) Teraz już obie kotki są wysterylizowane i dzielnie łapią myszy w stodole. Dzięki temu, że na noc przebywają w domu, nie mamy też ani jednej myszki w domu. Nie potrzebuję łapek, trutek i innych wynalazków, one mi wystarczą :) Zanim ktoś napisze, że koty wychodzące są narażone na niebezpieczeństwo- my mieszkamy na tak zwanej "kolonii". Daleko od ruchliwej szosy. Dookoła same pola. W sąsiedztwie dwa psy, które kumplują się z nimi ;) Tak więc to one są ewentualnym zagrożeniem dla ptaszków chociażby nad czym ubolewam... ale na szczęście rzadko się na nie czają.
3) Aprilia
Moja mała blondyneczka. Jak wprowadziliśmy się na naszą farmę od razu szukałam jakiegoś konia do kupienia, wszak poprzedni właściciel obiecał mi Wanessę, a koń jest zwierzęciem stadnym i nie może przebywać sam. W ogłoszeniach znalazłam tą naszą blondyneczkę. To nie był wybór po zdjęciu. Tu decyzję o kupnie podjęłam dopiero, gdy pojechałam ją zobaczyć. Mały dzieciaczek nieprzyzwyczajony do ludzi to był. Miała swoją jedną kumpelkę i tylko z nią przebywała, ludzie tylko wypuszczali ją na zewnątrz i karmili. Początkowo była strachliwa, wystraszyła się gdy Szczeżujski poklepał ją po szyi. Teoretycznie coś co nie powinno mi się spodobać... Ale zobaczyłam, że mimo swojego strachu jest całkiem ciekawska. Wiedziałam, że przy odpowiednim podejściu będzie fajnym koniskiem. Decyzja podjęta, młoda przyjechała do nas i niestety rozpoczęło się żmudne leczenie nogi, którą sobie uszkodziła przy załadunku i które trwało trzy miesiące. Trzy miesiące codziennego oblewania nogi wodą i posypywania... Rana się zagoiła, my wylaliśmy hektolitry wody i wydaliśmy kupę pieniędzy na weterynarza, ale młoda przy codziennych zabiegach stała się coraz spokojniejsza i coraz bardziej pro ludzka. Okazało się, że wystarczyło poświęcić jej uwagę i stała się super grzeczną kobyłką, która niczego się nie boi.
4) Dergano
Niektórzy z was znają dobrze tą historię bo działa się rok temu. Miałam dwa swoje koniki. Aprilię i Wanessę. Aprilka jeszcze była za młoda na to, żeby przyuczać ją do siodła, a z Wanessą próbowałam już kupę czasu. Pół roku codziennej pracy z nią. Pracowałyśmy nad zaufaniem, chodzenie na lonży, na spokojnie i bez pośpiechu. Niestety miała ona już 18 lat czyli była koniem starszym, nigdy nie uczonym siodła... mocno elektryczna i strachliwa.. Niektórych rzeczy nie da się wypracować tak szybko... efekty mojej pracy były widoczne, ale nadal nie nadawała się pod siodło, mało tego... była niebezpieczna. Nawet jeśli kiedykolwiek udałby się ją ujeździć to i tak byłby to koń niebezpieczny, na którym wolałabym nie narażać swojego zdrowia i życia..
Za sprawą Szczeżujskiego postanowiłam ją sprzedać. Sama też o tym myślałam, ale nie miałam siły.. Przez pół roku męczenia w kółko tych samych ćwiczeń przywiązałam się do niej. Nie obchodziło mnie już to czy będzie chodzić pod siodłem czy nie, ale Szczeżujski słusznie sprowadził mnie na ziemię. Postanowiłam więc sprzedać Wanessę komuś kto ma hodowlę ze względu na dobry paszport.. a sama kupić konia dla siebie, na którym w końcu będę mogła jeździć. Z Rudym to było tak, że jak go zobaczyłam w ogłoszeniu to nie obchodziła mnie odległość jaką muszę pokonać, żeby go tu przywieźć. Jedynym ograniczeniem były pieniądze.. Zazwyczaj jak się nie ma pieniędzy to się nie kupuje... No ja też tak robię bo co począć.. Ale nie tym razem. Poruszyłam niebo i ziemię żeby uzbierać wymaganą kwotę. Wyciągnęłam oszczędności z PPK, zrobiłam zrzutkę, pożyczyłam od siostry z obietnicą, że oddam jak dostanę trzynastkę. I udało się. Wynajęłam koniowóz i wraz z D i jeszcze jednym kolegą wyruszyliśmy w trasę. Z pomorza jechaliśmy na śląsk. Wyjechaliśmy o północy z soboty na niedzielę, żeby być na miejscu w niedzielę rano.. Nie spałam od soboty 7 rano do niedzieli 22. W niedzielę rano odebraliśmy konia, dopełniliśmy formalności... I bez zastanowienia wzięłam tego zapadniętego, chudego szkapka. Na zdjęciach nie było widać by był chudy lub zapadnięty.. On miał coś w wyrazie pyszczka takiego co mnie przekonywało. Przyjechał ze mną do nowego domu i obecnie czuje się świetnie. Jest grubaskiem, ma kupione dopasowane, drogie siodło by nie obijało mu pleców. Zbadał go weterynarz, miał zrobiony masaż. Jest kochany. Tak jak podpowiadała mi intuicja. Miś misiasty, przytulak, mądraliński. Nie mogłam wybrać lepiej. Niewiele osób by go kupiło właśnie ze względu na ten kręgosłup. Sama biłam się z myślami. Trzeźwo myślący kupujący nie kupiłby tego konia. A ja zdając sobie sprawę z tego, że może nie być do końca zdrowy kupiłam go... I nie żałuję :)
Na chwilę obecną nie mamy więcej zwierząt. Reszta koni ma swoich właścicieli, ja jestem tylko opiekunem. Kostka nie została wybrana tylko jest fajnym dzieciakiem fajnej Frytki. Wanessę dostałam, nie wybrałam i niestety dostałam chyba najdzikszego konia jakiego mogli mi podarować...
Planuję niebawem kupić kozę, owieczkę i kaczki. Może też kurki... Zawsze marzyłam o zwierzakach na farmie..
Taka ciekawostka- kozę planowałam kupić już jesienią. Wśród ogłoszeń jedno szczególnie zwróciło moją uwagę.. Spojrzenie... znów to spojrzenie. W tych oczkach było coś co mnie urzekło... Pani chciała sprzedać kozę ponieważ inne ją ciągle bodły, ale ostatecznie wycofała się ze sprzedaży bo chciała jeszcze mieć koźlęta od tej kózki. I powiedziała, że może w okolicy kwietnia na wiosnę ją sprzeda...
I zgadnijcie co? .....Tak..... czekam na nią pół roku bo znowu mam to przekonanie, że to jest TO zwierzę ;)
Tak dla równowagi dodam, że to nie działa w przypadku ludzi... Z reguły wybieram źle...




Piękne historie opowiedziałaś :).
OdpowiedzUsuńJa też ze zwierzakami dogaduję się lepiej niż z człowiekami :))). I uważam, że na ogół to jednak one wybierają nas, a nie na odwrót.
A może to tak właśnie jest :) One wybrały mnie, a ja nawet nie wiem o tym :)
UsuńMamy dwa przekochane psiaki a nawet trzy, jak syn z synową przywiozą swojego. Dwa dni temu mąż zobaczył na stronie schroniska piękną sunię do adopcji i bardzo mocno go powstrzymywałam przed wykonaniem telefonu, aby ją przygarnąć, bo z czterema psiakami na ten moment nie dałabym rady 😅
OdpowiedzUsuńNo to może syn też ma ten dar, że od razu widzi w zwierzaku "to coś" :)
UsuńNa mnie ludzie patrzą jak na wariata, bo rozmawiam ze zwierzętami. Tak, z rybami też, a z szerszeniami niemal regularnie. I nie wiem, jak to się dzieje, ale one mnie słuchają.
OdpowiedzUsuńA to akurat myślałam, że jest normalne :) Też ciągle gadam do zwierzaków.
UsuńAle czy one słuchają? Tego nie wiem :)
Może to, że cieszę się posłuchem wśród szerszeni bierze się stąd, że charakterologicznie uznały mnie za swoją?
UsuńTo niesamowite, jak potrafisz „wyczuć” te istoty – nie patrzysz na wygląd czy wiek, tylko na coś w spojrzeniu, co mówi Ci „jesteśmy dla siebie stworzeni”. Fajnie się to czyta, bo widać ogromną miłość i cierpliwość, jaką wkładasz w każde ze swoich zwierzaków. I te historie z końmi – szczególnie Dergano – pokazują, że czasem warto zaufać intuicji i sercu, nawet jeśli rozsądek podpowiada inaczej.
OdpowiedzUsuńDokładnie! Gdybym nie zaufała intuicji i sercu to nie miałabym tych cudownych istot przy sobie.
UsuńWalić rozum ;)
Ja się cieszę, że mogę poznać bardziej mieszkańców Twojego rancza. ☺️ Przyjemnego przygarniania i współistnienia. 🤗
OdpowiedzUsuńBardzo mi miło, że mogłam Ci ich przedstawić :) Mam nadzieję, że niebawem przedstawię kolejnego członka rodzinki
UsuńWidzę jeden błąd we wpisie ;D To zwierzęta wybierają Ciebie! :D Cudowne zwierzaki, cudowni Wy!
OdpowiedzUsuń