poniedziałek, 24 listopada 2025

Zebra za szkłem czyli pierwsze wspomnienie pasji.

    Jak można się domyśleć, zima nam koniarzom nie przeszkadza....Yyy znaczy się... przeszkadza i to mocno, w zasadzie to zima jest zmorą koniarzy- zmarznięta woda, zmarznięty plac do jazdy, przeszywające zimno, zgrudziała ziemia źle robiąca końskim kopytom. .. ale nie przeszkadza w tym żeby wsiąść na konia i pojechać w teren. Może nie jest to wtedy mocno intensywny teren bo podłoże jest w wielu miejscach zmarznięte i uniemożliwia nam kłus i galop.. Tak czy siak pomimo zimna wsiedliśmy na konie i pomaszerowaliśmy przed siebie z D i P. Uprane dzień wcześniej termobuty jeździeckie okazały się nadal wilgotne więc założyłam dwie pary skarpetek. 
     Wycieczka nam się udała, dużo pozwiedzaliśmy, za każdym razem udaje nam się znaleźć nowe ciekawe ścieżki. Tym razem najpierw czekało nas ciekawe spotkanie. Takich końskich kolegów (lub koleżanki) spotkaliśmy w trasie. Biegły za nami po pastwisku, po drugiej stronie siatki. Nasze koniska mega ciekawskie patrzyły z zainteresowaniem.

Takie dwie siwe piękności

    Wiedzeni ciekawością tym razem postanowiliśmy troszkę zboczyć z naszej trasy i pojechać polną drogą w nieznane. Uznaliśmy, że najwyżej zawrócimy jeśli nigdzie nie dojedziemy. Okazało się, że droga prowadziła do pięknie wyglądającego o tej porze roku lasku.



    A wjechaniu głębiej w lasek naszym oczom ukazało się piękne jeziorko. Na szczęście mieliśmy słoneczko tego dnia więc mogliśmy podziwiać jak promienie słońca odbijają się w jego tafli. Piękny widok.

    Niestety las w pewnym momencie się skończył i nigdzie nie było drogi. By jednak nie zawracać bo pokonaliśmy spory kawałek wjechaliśmy na łąkę, ale po przejechaniu kawałka zaczęło się zaorane pole. Nie jestem skora do jeżdżenia w takich miejscach bo szanuję pracę rolników i nie chcę deptać pola. Co innego łąka, trawy nie zniszczymy. No, ale nie było wyjścia bo tam gdzie moglibyśmy przejechać był założony pastuch.. Tak więc boczkiem czmychnęliśmy po zaoranym polu, ale jak mniemam nic tam jeszcze nie posiano bo nie było wyrównane. Jakby nie było troszkę źle się z tym czułam.
    Do stajni wróciliśmy lekko skostniali, najbardziej przemarzły mi stopy, ale jak zsiadłam to odzyskały krążenie i zaczęłam czuć, że je mam 😁Rozsiodłaliśmy koniska i roztarliśmy je słomą.


    A Rudemu założyłam jeszcze derkę, bo troszkę się spocił i wolałam osłonić mu nerki na zimnie. Oczywiście derkę założyłam tylko na moment wyschnięcia, po 15 minutach poszłam mu ją zdjąć, na stałe nie derkuję koni bo nie chcę żeby mi się do ciepłej derki przyzwyczaiły i przestały polegać na swojej sierści. 





     Dużo osób mówi mi, że widać, że konie to moja pasja. Oczywiście, że tak! To jest moja pasja i tak na prawdę nie wiem nawet, w którym momencie się rozpoczęła, a to znaczy, że było to we mnie od urodzenia 😊 Nie wydarzyło się nic w moim życiu co mnie zafascynowało końmi. Ja je od małego kochałam tak po prostu i znikąd. Pierwsze moje wspomnienie związane z tą pasją pochodzi z wczesnego dzieciństwa. Pamiętam jak byłam z mamą w mieście na zakupach, jechałam w spacerówce. Mogłam mieć może ze 3 latka. W pewnym momencie za sklepową witryną zobaczyłam zebrę. Taką zabaweczkę- to chyba był sklep zabawkowy. No i drzeć się poczęłam, że ja chcę konika. Mama tłumaczyła mi "To jest zebra, to nie konik" no ale wiadomo, że nie rozchodziło się o nazewnictwo wtedy. Mnie interesowało tylko to, że to coś wyglądało jak koń. Paski, kropki, czy kratki... Nie ważne. Pamiętam, że wróciłam do domu z zebrą pod pachą. Każdy mój list do Mikołaja był niemal taki sam. Zawsze życzyłam sobie nowego konika. Miałam ich istną kolekcję- duże, małe, kare, gniade, z miękkiego plastiku, z twardego... I ciągle chciałam więcej. Nie interesowały mnie lalki, domki czy inne gadżety. Dla mnie jedynymi prawilnymi zabawkami były koniki. Wycieczka szkolna- co przywoziłam ze sklepu z pamiątkami? Oczywiście konie. Pamiątki z wakacji- konie. Rysunki? Same konie.
    Tak więc tak, to jest moja pasja. Nie wiem jak ją wytłumaczyć bo nit jej we mnie nie zaszczepił, ani celowo, ani przypadkiem. Nie miałam też okazji ani jeździć konno, ani widzieć konia na żywo, gdy byłam malutka. Zostało mi z poprzedniego życia? 
    Jak się można domyśleć szłam w to dalej i zabawki przestały mi wystarczać, namówiłam rodziców na lekcje jazdy konnej. Później był klub jeździecki, przerwa na czas gimnazjum bo wiadomo, że wtedy głupie nastolatki mają inne priorytety... Powrót w siodło po jakimś czasie. Pierwsza dzierżawa konia, pierwsza praca przy koniach... Kurs instruktorski i praca już w innym charakterze. Nabywałam doświadczenia w pracy i z osoby do pomocy byłam samodzielnym zarządcą stajni.. Pracowałam w kilku miejscach i zdobywałam doświadczenie jako instruktor, jako jeździec, w treningu koni i jeźdźców. Później postanowiłam pracować w zawodzie, który zdobyłam na studiach, a konie zostawić sobie jako weekendową pracę lub hobby. Niestety okazało się, że wieloletnia praca w stajni świątek, piątek czy niedzielę, wykonywanie zadań spoza zakresu obowiązków nie została doceniona przez byłą szefową i zaczęła wołać ode mnie za jazdy kwoty niemałe. Ubodło mnie to nieco bo przypomniałam sobie te wszystkie chwile, gdy narażałam swoje zdrowie zajeżdżając młode konie, gdy siedziałam w stajni w majówki, długie weekendy..
Zmieniłam stajnię, jeździłam rzadko bo odkładałam pieniądze na co innego. Na to by spełnić swoje marzenie i nie być zależnym od innych. By mieć swoje konie. No i tak oto jestem tu gdzie jestem. Ciągle pełna pasji do koni.

Ale, ale.... Zaczęłam trochę nie od tej strony opis weekendu, bo zaczęło się od sobotniego poranka.. a był tak piękny, że zasługuje by go tu opublikować:

Rudy i jego oddech smoka o poranku 🐉

Wschodzące słońce 

Oszronione pastwisko w blasku wschodzącego słońca


Wideorelacja wygląda o wiele lepiej, ale tu się nie da. Za dużo kombinowania z wrzucaniem na yt.







środa, 19 listopada 2025

Konie nie są dla każdego- czyli jasnowidztwo i weterynaria jako obowiązkowe umiejętności posiadacza koni.

     I tak oto nie wiadomo kiedy z jesieni zrobiła nam się zima. Ostatnie liście jeszcze dzielnie trzymają się gałązek, ale to już tylko pojedyncze sztuki. W większości pozostały już tylko smutne kikuty. No wiadomo.. czego się spodziewać w połowie listopada? Braku liści na pewno. Śniegu i sopli niekoniecznie 😅 Nie jest to żadna anomalia, ale obserwując co się dzieje z naszym klimatem byłam pewna, że listopad minie we względnie przyjaznym klimacie. A tymczasem mrozi ❆


    W poniedziałek przyjechała K na jazdę. Poszłyśmy po konie, osiodłałyśmy i wybrałyśmy się na spacer w teren. Na dokładnie 10 minut bo nagle zaczęło tak walić deszczem ze śniegiem, że przemokłyśmy w dwie minuty. Przemoczone ciuchy i niska temperatura to niezbyt dobre połączenie. Ciało wychładza się momentalnie. W ciągu tych dziesięciu minut uda przemarzły mi tak, że ich nie czułam. Właśnie od połączenia deszczu z zimnicą. Zawróciłyśmy więc. Po dotarciu do stajni co prawda padać przestało, ale za nic nie jechałabym dalej w mokrych ubraniach. 


    Przy sprowadzaniu koni z pastwiska zauważyliśmy, że młoda ma szramę nad nosem... Obejrzałam z każdej strony i telefon do weta, niech zdecyduje czy trzeba szyć. Szrama dość głęboka więc zakładałam, że raczej bez szwów się nie obejdzie. Ostatecznie weterynarz założył 1 szew. Tragedii nie ma, rany na głowie zazwyczaj bardzo dobrze się goją. Mamy pryskać cyclosprayem z antybiotykiem i oczyszczać wodą. O tyle o ile woda utleniona nie robi na młodej większego wrażenia, tak już pryskanie sprayem ponad nosem jest dla niej nie do zaakceptowania więc by nie walczyć o życie swoje i jej pryskam wacik sprayem a następnie przykładam go do rany. Czy są inne opcje? Owszem są. Mogę ją przywiązać do metalowego słupa i spryskać na siłę, ale po co? Po co narażać konia na dodatkowe urazy, gdy uwiązany będzie się szarpał i próbował oswobodzić? Niepotrzebne mi traumy u niej żadne traumy i złe wspomnienia. 



    Wiadomo, że najlepiej jest konia po prostu nauczyć takiej rzeczy. No i tak zrobiłam. Odczulałam ją na wszelkie spryskiwacze. Spryskiwana była na muchy, spryskiwaną miała grzywę, ogólnie pryskana i myta nie raz i nie dwa. Spray jest czymś innym, ale nadal akceptowała te odgłosy i dotyk w okolicy szyi czy łopatki, a nos jest po prostu miejscem, na którym rzadko konie akceptują jakiekolwiek specyfiki. Tak więc pozostaje mi przykładać waciki dla dobra nas wszystkich 😅Za 10 dni mam szew do zdjęcia więc nie mogę zrazić jej do dotykania okolic nosa, żeby mi ten szew dała wyjąć.


    Tak już będąc w tematach weterynarii to każdy koniarz wie, że podstaw wypada się nauczyć bo bez tego ani rusz:

     Często jest tak, że weterynarz zostawia antybiotyki w zastrzyku hodowcy/właścicielowi. To znaczy, wet może przyjechać je podać, ale to wszystko kosztuje. Weterynarz ma zazwyczaj pewny kawałek do przejechania co wiąże się z kosztem. Każde przyjechanie do zwykłego zastrzyku to koszt w granicach 100-200 zł (za sam przyjazd) dlatego koniarze sami uczą się takich podstaw jak chociażby zastrzyki by wet mógł nam zostawić strzykawki i nie musiał jeździć do nas bez sensu. Zastrzyki domięśniowe czy dożylne, rozpoznawanie kulawizny i wstępna diagnoza. Potrafimy sami ocenić na którą nogę kuleje koń, jaki mniej więcej jest stopień bólu i gdzie mniej więcej boli. Po temperaturze danej kończyny jesteśmy w stanie rozpoznać czy to sprawa kopyta, pęciny czy może problem leży gdzieś wyżej. Dzięki takiej wstępnej diagnozie jesteśmy w stanie zareagować od razu i posmarować bolące czy puchnące miejsce żelem chłodzącym, rozgrzewającym lub przeciwbólowym. Taka szybka reakcja potrafi zapobiec konieczności interwencji ze strony weterynarza. Często można zapytać o zalecenia przez telefon jeśli jesteśmy w stanie przedstawić konkretne objawy. 

Każdy właściciel koni powinien również być świadomy swojej omylności i w przypadku występowania objawów schorzeń poważnych np. kolki wezwać niezwłocznie weterynarza. Nie wszystko da się ogarnąć samemu (choć wiem, że niektórzy hodowcy mają w apteczce nawet leki na kolkę i inne poważne choroby), a pomoc weterynarza jest nieunikniona w niektórych przypadkach. Nie można polegać tylko i wyłącznie na sobie, niemniej jednak w większości przypadków to nasze drobne pojęcie weterynaryjne jest w stanie zaoszczędzić nam dużo czasu, pieniędzy, a przede wszystkim cierpienia naszym podopiecznym.



Tak mnie naszła jeszcze taka refleksja na ten temat, że po co ja to mówię, po co ja to piszę. Przecież każdy koniarz to wie. Otóż nie do końca. Znam osobiście przypadki kiedy to zwykły szary Kowalski postanowił, że zacznie hodować konie. A tak sobie bo są piękne, dostojne, lubi je no i może coś uda się zarobić na tej hodowli. Jak myślicie? Jak często w takiej stajni zdarzają się wypadki? Poszkodowani ludzie lub konie? Nie wiem bo statystyk nie posiadam, ale często. Osoba, która nigdy z końmi nie pracowała nie posiada zdolności przewidywania- to jest coś co my koniarze posiadamy. Wszędzie, w każdym przedmiocie i sytuacji widzimy potencjalne groźne sytuacje i potrafimy przewidzieć jak koń się zachowa. To taka końska logiczność, nie wiem czy jestem w stanie to wytłumaczyć. Ja na przykład od razu wiem, że jeśli założę na siebie kurtkę która szeleści to mogę mieć nie do końca przyjemną jazdę konną. Wiem też, że jeśli wejdę między Rudego i Narwala i poczęstuję je jabłkiem to będzie ok, ale jeśli wejdę między na przykład Rudego i Neptuna to jest duże prawdopodobieństwo, że jeden spróbuje odgonić drugiego i mogę niechcący zostać potrącona. Wiem, że jeśli Szczeżujski przykryje dziś drzewo białą plandeką zamiast niebieską jak zawsze to przy schodzeniu z pastwiska będzie szał ciał bo co to za straszna zmiana w krajobrazie. Z końmi trzeba dużo przejść by nauczyć się tych umiejętności, a niestety i tak nie jesteśmy często w stanie uniknąć nieprzyjemnych sytuacji niemniej jednak znacznie zmniejsza to ryzyko groźnych wypadków. 
Miałabym życzenie żeby każdy, kto chce kupić sobie konie (albo co gorsza konia- bo nie wie, że to zwierzę stadne i potrzebuje towarzysza) najpierw popracował z rok w jakiejś stajni i nauczył się chociaż podstaw. Tak po prostu. Żeby ograniczyć cierpienie koni i często też niewinnych i nieświadomych ludzi.



czwartek, 13 listopada 2025

Koński weekend

 

Uff. Długi weekend- ciężki weekend. Może nie tyle zapracowany i ciężki fizycznie co bardziej zmęczyło mnie zamieszanie. Od piątku, gdy tylko wróciłam z pracy zaczęły się problemy. Okazało się, że dziadzio Narwal kuleje i to solidnie. Nie mógł praktycznie postawić nogi na ziemi. Od razu sprawdziłam mu kopyta i nogi czy coś grzeje, czy coś puchnie. Na tamtą chwilę nic nie zauważyłam. Wyprowadziłam go z padoku i postawiłam na małej kwaterce, żeby miał ograniczony ruch. Wiadomo jak to konie między sobą potrafią się przeganiać , więc trzeba było zagwarantować naszemu emerytowi spokój. Byłam w ciągłym kontakcie z A i poczęłyśmy wzywać weterynarza. Piątek popołudnie, nikt już nie chciał przyjechać. W każdym razie kulawizna to nie stan zagrażający życiu więc musiałam wziąć się za swoje obowiązki, na które miałam niewiele czasu bo Szczeżujskiego trzeba było zawieźć do Starogardu aż. Także raz dwa na jednej nodze ogarnęłam stajnię i powpuszczałam konie nieco szybciej by nie musiały do nocy stać i czekać aż wrócę. Sianka dostały wystarczająco do mojego powrotu. Gdy zamykałam w stajni Narwala zauważyłam, że lepiej mu z tą nogą bo stawał na niej chociaż, ale dalej widoczna była sztywność i lekka kulawizna. Po powrocie ze Starogardu dodzwoniłam się do weta, który obiecał być w sobotę. A więc czekać. Musiałam jeszcze ogarnąć troszkę dom bo miałam mieć gości lada chwila. Przyjechali rodzice w odwiedziny i zostali na noc. W piątek wieczorem jeszcze raz sprawdziłam nogę staruszka i tym razem poczułam niewielką opuchliznę i zmianę temperatury nogi. Była cieplejsza, a więc zdecydowałam się zastosować żel chłodzący. Okazało się to dobrym pomysłem bo na drugi dzień okazało się, że pomogło.

Sobota po porannym ogarnięciu koni wróciłam na kawkę i śniadanko. Rodzice zbierali się do wyjazdu, a ja do wyrzucania obornika. Wraz ze Szczeżujskim i panem, który przyjeżdża po ten cenny bio odpad sprzątęliśmy stajnię. Panowie jak załadowali tak się zawinęli, a ja jeszcze odkaziłam boksy wapnem i zaczęłam śnielić słomę, wlewać wodę i szykować siano na wieczór. Niewiele zdążyłam zrobić bo musiałam pozamykać konie bo za chwilę miał przyjechać weterynarz. Sprawdził Narwalskiego, obejrzał, podotykał i stwierdził, że zapewne dziadek się gdzieś uderzył, czy źle stanął skoro od wczoraj była taka duża poprawa. Bo była. Przy weterynarzu w stępie praktycznie nie kulał, tylko w kłusie. Wet potwierdził, że dobrym pomysłem było schłodzenie nogi i zalecił chłodzić jeszcze, a w razie regresu przyjechać do niego po przeciwzapalne lekarstwa. Przy okazji swojej wizyty zaszczepił nam również ekipę na tężca i grypę.

Tego dnia miałam mieć kolejnych gości. Pierwsi przyjechali niedługo po odjeździe weterynarza. Zdąrzyłam wypuścić konie i dokończyć rozdawanie siana. Nie byli to co prawda moi goście, bardziej Szczeżujskiego, ale z uwagi na to, że musiał jechać do pracy ja zostałam z nimi. Spiłam kawę i za chwilę musiałam owych gości zostawić i jechać po siostrę, która miała przyjechać do mnie ze swoim chłopem. Jechali 3 godziny pociągiem, a następnie przez roboty drogowe na trasie z Gdańska do nas jechali dwie godziny autobusem. Katastrofa.. Wieczór minął nam już luźno, od razu po przyjeździe poszłyśmy z M i I do stajni zająć się czyszczeniem koni, a następnie siedzieliśmy sobie wszyscy przy stole grając w państwa miasta i rozmawiając.


W niedzielę wstałam rano i poszłam nakarmić kopytne dzieciaki, a następnie wypiłam sobie kawkę z I, która też rano wstała. Za chwilę zszedł B więc zaproponowałam wszystkim śniadanie. Poszłam obudzić siostrę i jej chłopa no i zabrałam się za robienie jajecznicy dla całej ekipy. Zjedliśmy, popiliśmy, przebraliśmy się i poszlismy do stajni bo I obiecałam, że posadzę ją na konia. Przyjechała dodatkowo jeszcze dziewczyna, która była ze mną umówiona na jazdę. Obrobiliśmy się w godzinę, a po tym już mogłyśmy z M wsiąść i pojechać na siostrzany teren prosto przed siebie. Przejażdżka się udała, było bardzo fajnie choć troszkę ospale bo nie chciałyśmy przemęczać koni po szczepieniu. Koń tak jak i człowiek może odczuwać negatywne skutki po szczepieniu i być osłabiony. Po powrocie przykryłyśmy koniska derkami, bo troszkę się spociły więc lepiej było je wysuszyć pod derką niż narażać na zaziębienie. Wystarczyła chwilka i koniska były suche więc wypuściłyśmy je na pastwisko. B oraz I już pojechali do domu, a ja z M po powrocie z terenu i wypuszczniu koni naszykowałyśmy w stajni już wszystko na później i poszłyśmy coś zjeść. Później niedziela minęła nam na wspólnym graniu na ps4, ale szybko odpadliśmy zmęczeni aktywnym dniem. O 21 wszyscy już byli w łóżkach.


Poniedziałek to powtórka niedzieli z tym, że bardziej lajtowo bo nikt nie był umówiony ani nie było więcej żadnych gości. Od rana karmienie i postanowiłam, że tym razem zrobię stajnię już z samego rana po wyczyszczeniu koni, żeby mieć spokój na później, no ale że nie trwa to 5 minut a około 1,5 godziny to M zdążyła wstać i przyjść mi pomóc w końcówce. Potem poszłyśmy zjeść śniadanie i wypić kawę. Później pomogłyśmy Szczeżujskiemu powozić drzewo do stodoły, a następnie znów siodłanie i wyjazd na spacerek. Tym razem jednak jeszcze krótszy i bardziej powolny bo Neptun postanowił bryknąć, a M wystraszyła się i nie chciała jechać szybciej... No nie spodziewałam się, że taki się cykor z niej zrobił. Cóż. Nie dla wszystkich są szaleństwa i galopady, nie wszyscy mają tyle odwagi. Koniec końców podobał mi się ten teren z jednego względu- Rudy ani razu nie odwalił cofki i nie uciekał. Szedł żwawo i chętnie do przodu i praktycznie niczego się nie bał. Byłam z niego naprawdę dumna. Po powrocie misiek dostał smaczka i marchewkę w nagrodę za super prowadzenie terenu no i konie znów pomaszerowały na pastwiska. Później dzień nie wiadomo kiedy zleciał na tyle, że nadszedł czas zamknąć konie do stajni i jechać odwieźć M i A na autobus- finalnie na pociąg bo autobus nam zwiał ;)




Po powrocie do domu i nakarmieniu koni poszłam przebrać się w piżamy i zaległam w łóżku. Włączyłam sobie Heweliusza (polecam serial! Jest naprawdę wciągający) i po obejrzeniu odcinka czy dwóch zasnęłam. Nie było jeszcze 22.


11 listopada minął mi jak zazwyczaj mijają mi niedziele. Idę zrobić tylko to co niezbędne i konieczne, a resztę czasu poświęcam na regenerację czyli leżenie i czytanie książek lub oglądanie seriali. Czasami wybieramy się ze znajomymi na jakiś obiad czy obiadokolację i tym razem też tak było. I to by było na tyle jeśli chodzi o długi weekend. Było intensywnie, było męcząco. Wesoło i ekscytująco też. Jako introwertyk czuję się zmęczona i przebodźcowana, ale z drugiej strony cieszą mnie odwiedziny siostry i tyle czasu wspólnie spędzonego z nią i z końmi. A więc bilans na plus :)




Mam naprawdę dużo chęci by jeździć często w tereny, ale niestety nie mam konia, który sam poszedłby w teren.. No i tak mnie natchnęło wczoraj wieczorem, że muszę spróbować popracować ze swoimi końskimi dziećmi i nauczyć je chodzenia w samotne tereny. Nie zawsze mam możliwość jeżdżenia z kimś, a taka aktywność nastraja mnie mega pozytywnie. Tak więc do dzieła. Nie wiem czy od razu czy poczekam do wiosny, ale muszę się wziąć za pracę z nimi 😉 Taki to mój przedwczesny cel noworoczny- pojechać w samotny teren i przeżyć 😊


środa, 5 listopada 2025

Akcja odgruzowywanie

 

Drzewa w większości już pogubiły liście więc jeszcze tylko chwilkę będzie można cieszyć oko jesienią do póki owe liście jeszcze będą leżały na ziemi. Później zgniją i nie pozostanie już nic pięknego w otaczającym stajnię krajobrazie, aż do wiosny. No, chyba, że śnieg nas zaszczyci w tym roku to i owszem jeszcze będzie ładnie 😊

Widok na mój plac do jazdy od strony górnego padoku


W weekend święta zmarłych miałam jechać do rodziców, ale z uwagi na problemy z samochodami nie udało mi się pojechać. Dodatkowo Szczeżujski z gilami po kolana i kaszlem gruźlika nie nadawał się na opiekuna koni.


No, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W sobotę po nakarmieniu i wypuszczeniu bestii wróciłam jeszcze do łóżka i tak sobie leżeliśmy do południa. Wyleżeliśmy się porządnie nie zawracając sobie głowy jazdą w korkach, tłumami na drogach i cmentarzach oraz kupowaniem o wiele za drogich zniczy czy kwiatów na straganach. Ten dzień poświęciliśmy na reset. I wiecie co? Udało się. To był jeden jedyny dzień od dawna, kiedy udało mi się odpocząć. Pomimo tego, że musiałam wstać do koni, że później musiałam stajnię ogarnąć i przygotować na wieczór...to i tak odpoczęłam. W sobotę wieczorem przyjechał do nas D więc Szczeżujski kontynuował kuracjęę pod kołdrą sam, a ja poszłam z D do stajni, wzięłam w termosie smacznego drineczka i rozpoczęliśmy akcję odgruzowanie. Wszystkie konie, cała piątka miały być ogarnięte.


Zabawne to, ale okazuje się, że niektórzy ludzie nie wiedzą, że konie powinno się czyścić co jakiś czas. Powinno się, żeby uniknąć odparzeń pod sklejoną sierścią, żeby pielęgnować sierść, żeby przy okazji kontrolować stan zdrowia koni.. Niektóre skaleczenia nie są widoczne od razu pod jesienną sierścią. A już pomijając oczywiste kwestie zdrowote to chociażby po to by zwierzęta były zadbane!

Tak więc wyczyściliśmy wszystkim dokładnie sierść ze sklejek, wyczesaliśmy grzywy i ogony, dodatkowo poprzycinałam koniom ogony by nie ciągnęły ich po ziemi i nie taplały nimi w błocie, grzywy również wyrównałam oraz obcięłam szczotki pęcinowe (takie gęstsze włosy a nogach, zaraz przy kopytach) by jak najmniej błota czepiało się końskich nóg. Małą Niuńkę z uwagi na gęstość i długość grzywy musieliśmy czyścić tyle co resztę razem wziętą. Okazało się, że w ogon powczepiane ma rzepy, w grzywę również. W dodatku wiatr zaplatał jej warkoczyki ciężkie do rozplątania... Ale zawzięliśmy się i udało się i z młodą zrobić porządek. Grzywa i ogon wyczesane, spryskane odżywką i delikatnie wyrównane. No może ogon najczystszy nie jest bo trzeba by było go myć, ale za to nie posklejany i pięknie wyczesany. Zajęło nam dokładnie 2 godziny czyszczenie czterech koni. Czterech bo dziadziusia już nie zdążyliśmy machnąć, ale dokończę sama dzisiaj.

Aprilka ze swoją bujną grzywą


W niedzielę Szczeżujski lepiej i się poczuł i rano nakarmił konie, a ja mogłam chwilkę dłużej pospać. To też sprawiło, że się poczułam bardziej wypoczęta. Jak wstałam to od razu poszłam zjeść śniadanie i wypić zbożówkę. Potem przebrałam się w jeździeckie ciuchy i posziśmy po konie. Tego dnia wszędzie unosiła się mgła (nie wiem czy w całej Polsce tak), ale za to było dość ciepło no i nie padało. Osiodłaliśmy konie i pojechaliśmy z D w teren taki około dwugodzinny znów nowymi trasami i ścieżkami. Przejeżdżając między jesiennymi drzewami widząc przed sobą i za sobą tylko mgłę poczułam się niesamowicie zrelaksowana. To jest właśnie to co mnie uszczęśliwia. Koń, siodło i wyjazd w teren, to oczyszcza mi głowę i sprawia, że problemy znikają, albo przynajmniej wydają się być mniejsze niż wcześniej. Uzależniające to jest bardzo bo czuję niedosyt, ale niestety nie mam z kim jeździć na co dzień. 


Muszę czekać do weekendu, przyjedzie siostra i pojedziemy we dwie na reset przed siebie. Powtórzymy na pewno akcję czyszczenia wszystkich koni zwracając uwagę na nogi i oczywiście kopyta bo ta pora roku bardzo sprzyja gniciu kopyt i grudzie- takiej chorobie, która tworzy strupy na końskich nogach. I w jednym i w drugim przypadku lepiej jest zapobiegać niż leczyć.

Mam nadzieję, że do tego czasu i mnie coś nie weźmie bo gardło zaczyna mnie już delikatnie drapać. 

Coraz częściej dni bywają mgliste. Jest klimat 👻 Udało mi się cyknąć zdjęcie dziś podczas wypuszczania koni na pastwisko.


Nie wiem czego ta dwójka szuka w tych liściach 😅


A może ktoś poleci coś na to by drapanie w gardle nie przerodziło się w umieranie w łóżku? Bo nie mogę sobie pozwolić na umieranie.. Mam zwierzęta na utrzymaniu.