Jak można się domyśleć, zima nam koniarzom nie przeszkadza....Yyy znaczy się... przeszkadza i to mocno, w zasadzie to zima jest zmorą koniarzy- zmarznięta woda, zmarznięty plac do jazdy, przeszywające zimno, zgrudziała ziemia źle robiąca końskim kopytom. .. ale nie przeszkadza w tym żeby wsiąść na konia i pojechać w teren. Może nie jest to wtedy mocno intensywny teren bo podłoże jest w wielu miejscach zmarznięte i uniemożliwia nam kłus i galop.. Tak czy siak pomimo zimna wsiedliśmy na konie i pomaszerowaliśmy przed siebie z D i P. Uprane dzień wcześniej termobuty jeździeckie okazały się nadal wilgotne więc założyłam dwie pary skarpetek.
Wycieczka nam się udała, dużo pozwiedzaliśmy, za każdym razem udaje nam się znaleźć nowe ciekawe ścieżki. Tym razem najpierw czekało nas ciekawe spotkanie. Takich końskich kolegów (lub koleżanki) spotkaliśmy w trasie. Biegły za nami po pastwisku, po drugiej stronie siatki. Nasze koniska mega ciekawskie patrzyły z zainteresowaniem.
Wiedzeni ciekawością tym razem postanowiliśmy troszkę zboczyć z naszej trasy i pojechać polną drogą w nieznane. Uznaliśmy, że najwyżej zawrócimy jeśli nigdzie nie dojedziemy. Okazało się, że droga prowadziła do pięknie wyglądającego o tej porze roku lasku.
A wjechaniu głębiej w lasek naszym oczom ukazało się piękne jeziorko. Na szczęście mieliśmy słoneczko tego dnia więc mogliśmy podziwiać jak promienie słońca odbijają się w jego tafli. Piękny widok.
Do stajni wróciliśmy lekko skostniali, najbardziej przemarzły mi stopy, ale jak zsiadłam to odzyskały krążenie i zaczęłam czuć, że je mam 😁Rozsiodłaliśmy koniska i roztarliśmy je słomą.
A Rudemu założyłam jeszcze derkę, bo troszkę się spocił i wolałam osłonić mu nerki na zimnie. Oczywiście derkę założyłam tylko na moment wyschnięcia, po 15 minutach poszłam mu ją zdjąć, na stałe nie derkuję koni bo nie chcę żeby mi się do ciepłej derki przyzwyczaiły i przestały polegać na swojej sierści.
Dużo osób mówi mi, że widać, że konie to moja pasja. Oczywiście, że tak! To jest moja pasja i tak na prawdę nie wiem nawet, w którym momencie się rozpoczęła, a to znaczy, że było to we mnie od urodzenia 😊 Nie wydarzyło się nic w moim życiu co mnie zafascynowało końmi. Ja je od małego kochałam tak po prostu i znikąd. Pierwsze moje wspomnienie związane z tą pasją pochodzi z wczesnego dzieciństwa. Pamiętam jak byłam z mamą w mieście na zakupach, jechałam w spacerówce. Mogłam mieć może ze 3 latka. W pewnym momencie za sklepową witryną zobaczyłam zebrę. Taką zabaweczkę- to chyba był sklep zabawkowy. No i drzeć się poczęłam, że ja chcę konika. Mama tłumaczyła mi "To jest zebra, to nie konik" no ale wiadomo, że nie rozchodziło się o nazewnictwo wtedy. Mnie interesowało tylko to, że to coś wyglądało jak koń. Paski, kropki, czy kratki... Nie ważne. Pamiętam, że wróciłam do domu z zebrą pod pachą. Każdy mój list do Mikołaja był niemal taki sam. Zawsze życzyłam sobie nowego konika. Miałam ich istną kolekcję- duże, małe, kare, gniade, z miękkiego plastiku, z twardego... I ciągle chciałam więcej. Nie interesowały mnie lalki, domki czy inne gadżety. Dla mnie jedynymi prawilnymi zabawkami były koniki. Wycieczka szkolna- co przywoziłam ze sklepu z pamiątkami? Oczywiście konie. Pamiątki z wakacji- konie. Rysunki? Same konie.
Tak więc tak, to jest moja pasja. Nie wiem jak ją wytłumaczyć bo nit jej we mnie nie zaszczepił, ani celowo, ani przypadkiem. Nie miałam też okazji ani jeździć konno, ani widzieć konia na żywo, gdy byłam malutka. Zostało mi z poprzedniego życia?
Jak się można domyśleć szłam w to dalej i zabawki przestały mi wystarczać, namówiłam rodziców na lekcje jazdy konnej. Później był klub jeździecki, przerwa na czas gimnazjum bo wiadomo, że wtedy głupie nastolatki mają inne priorytety... Powrót w siodło po jakimś czasie. Pierwsza dzierżawa konia, pierwsza praca przy koniach... Kurs instruktorski i praca już w innym charakterze. Nabywałam doświadczenia w pracy i z osoby do pomocy byłam samodzielnym zarządcą stajni.. Pracowałam w kilku miejscach i zdobywałam doświadczenie jako instruktor, jako jeździec, w treningu koni i jeźdźców. Później postanowiłam pracować w zawodzie, który zdobyłam na studiach, a konie zostawić sobie jako weekendową pracę lub hobby. Niestety okazało się, że wieloletnia praca w stajni świątek, piątek czy niedzielę, wykonywanie zadań spoza zakresu obowiązków nie została doceniona przez byłą szefową i zaczęła wołać ode mnie za jazdy kwoty niemałe. Ubodło mnie to nieco bo przypomniałam sobie te wszystkie chwile, gdy narażałam swoje zdrowie zajeżdżając młode konie, gdy siedziałam w stajni w majówki, długie weekendy..
Jak się można domyśleć szłam w to dalej i zabawki przestały mi wystarczać, namówiłam rodziców na lekcje jazdy konnej. Później był klub jeździecki, przerwa na czas gimnazjum bo wiadomo, że wtedy głupie nastolatki mają inne priorytety... Powrót w siodło po jakimś czasie. Pierwsza dzierżawa konia, pierwsza praca przy koniach... Kurs instruktorski i praca już w innym charakterze. Nabywałam doświadczenia w pracy i z osoby do pomocy byłam samodzielnym zarządcą stajni.. Pracowałam w kilku miejscach i zdobywałam doświadczenie jako instruktor, jako jeździec, w treningu koni i jeźdźców. Później postanowiłam pracować w zawodzie, który zdobyłam na studiach, a konie zostawić sobie jako weekendową pracę lub hobby. Niestety okazało się, że wieloletnia praca w stajni świątek, piątek czy niedzielę, wykonywanie zadań spoza zakresu obowiązków nie została doceniona przez byłą szefową i zaczęła wołać ode mnie za jazdy kwoty niemałe. Ubodło mnie to nieco bo przypomniałam sobie te wszystkie chwile, gdy narażałam swoje zdrowie zajeżdżając młode konie, gdy siedziałam w stajni w majówki, długie weekendy..
Zmieniłam stajnię, jeździłam rzadko bo odkładałam pieniądze na co innego. Na to by spełnić swoje marzenie i nie być zależnym od innych. By mieć swoje konie. No i tak oto jestem tu gdzie jestem. Ciągle pełna pasji do koni.
Ale, ale.... Zaczęłam trochę nie od tej strony opis weekendu, bo zaczęło się od sobotniego poranka.. a był tak piękny, że zasługuje by go tu opublikować:
Rudy i jego oddech smoka o poranku 🐉
Wschodzące słońce









Wspaniale czyta się takie relacje o spełnianiu marzeń! Bardzo podziwiam Twoją determinację i konsekwencję w dążeniu do realizacji tego pragnienia.
OdpowiedzUsuńNigdy nie rezygnuje się z marzeń :) Bo nawet jeśli nic nie wskazuje na to, że można je zrealizować to może przyjść taki dzień kiedy w końcu się uda :)
OdpowiedzUsuńPiękne foty, piękne okoliczności przyrody, przepiękne koniki, ma się rozumieć, ale ta opowieść o pasji tym razem przebija wszystko :). Trzeba mieć marzenia, trzeba je pielęgnować, a czasem nawet o nie zawalczyć. Upór, konsekwencja, determinacja - i w końcu na ogół się udaje. Życzę Ci, żeby to spełnianie marzeń było coraz łatwiejsze i coraz piękniejsze!
OdpowiedzUsuńDziękuję ;) Przyda się na przyszłość na pewno! I życzę tego samego oczywiście.
UsuńTo wspaniale ale i niesamowite wiedzieć tak od razu, od młodości co jest pasją i marzeniem a nie miotać się i pracować tam gdzie sie nie lubi ale dla chleba. Ty to masz szczęście!!!!
OdpowiedzUsuńDla czego Renfri jeśli to nie tajne. Bo jeśli tak, to nie było pytania. 💚
Bardzo lubię Wiedźmina, a postać Renfri mnie intryguje ;) Stąd taka nazwa.
UsuńTeż uwielbiam Sapkowskiego i jego Wiedźmina Geralta. A Renfri i owszem ale nie jako Dzierzba.
UsuńJak fajnie czytać, że ktoś się realizuje w tym, co lubi. Konie masz prześliczne. Ja do koni z rezerwą. Miałam niemiłą przygodę z nimi i ledwo zaczęłam naukę jazdy, szybko ją skończyłam. Niemniej z daleka lubię konie podziwiać. No i doceniam pracę przy nich. Udanego dalszego tygodnia.
OdpowiedzUsuńNiestety zdarza się, że ktoś przez wypadek potrafi się zrazić.
UsuńChoć dla kogoś dla kogo jest to stylem życia chyba nie jest w stanie się zrazić ;)
Ciekawa historia opowiedziana w serdeczny sposób. Dzięki pasjom eydaje się, że świat trochę da się oswoić i jest sympatyczniejszy.
OdpowiedzUsuńTwoi podopieczni są bardzo fotogeniczni. Czy zaprzęgacie zimą konie do sań? Marzy mi się taki kulig jak za dawnych czasów... Jeszcze nigdy nie miałam okazji.
Na chwilę obecną nie mamy sań, ale są w planach :) Tak czy inaczej na pewno pojedynczo sankami będziemy śmigać
UsuńMam też w zwyczaju ciągnąć męża na nartach za koniem ;) Zabawa przednia.
UsuńO! A tak można? Nie wiedziałam. 😄
UsuńKulig będę wizualizować może się kiedyś przydarzy. 🙏😉
Zdrówka i pogody ducha.🤗🫶
Pewnie, że można :) Wszystko można jak się ma wyobraźnię i chęci ;)
UsuńPatrząc na pogodę to nie wiem czy te sanie by się przydały w ogóle :P Nie opłaca mi się ich kupować na dwa dni w roku.
Ale słuchaj no, możemy pokombinować i do sanek kółka dorobić. Będzie kulig bez śniegu :) Zapraszam!
Mnie też się wydaje, że miłość do koni rodzi się wraz z człowiekiem. Wszyscy koniarze, których znam (chociaż może być i inaczej) też mówią, że ,,od zawsze". Albo ,,z mlekiem matki" ;) . W każdym razie od dziecka. Dzięki temu niedocenieniu ruszyłaś dalej, to takie delikatnie pchnięcie od losu ;) Buziaki :D
OdpowiedzUsuńOtóż to.. I chociaż koniarzem z pasją obwołać się może każdy to właśnie po tym można poznać kiedy ta pasja się pojawiła. Jak od dziecka to pasja, a jak zgapiona, albo polubione gdzieś po drodze to już nie taka prawdziwa pasja.
UsuńNie chcę tu nikogo dyskryminować, ale z moich obserwacji wynika, że takie osoby, które to lubią i nabyły w pewnym momencie z tego rezygnują, a nawet jeśli nie to nie wkładają w to serca.
Piękne światło na zdjęciach, piękna pasja :)
OdpowiedzUsuńCzasami coś tam mi się uda pstryknąć ;)
UsuńCudnę zdjęcia :)
OdpowiedzUsuńna konie zawsze patrzyłam z fascynacją, mają w sobie coś nieodgadnionego:)
OdpowiedzUsuń