czwartek, 23 października 2025

Łaciaty strażnik rutyny

 Przywitał mnie dziś mglisty poranek. W zasadzie to ciemność mnie przywitała, ale po porannej toalecie i kilku minutach przed lustrem z tuszem do rzęs zaczęło robić się jasno. Tak wygląda mój dzień od samego rana 😊 Najpierw toaleta i jakiś szybki makijaż, później ubieram się w stajenne ubrania i lecę wsypać koniom jedzenie z wiaderek do żłobów. W międzyczasie, gdy konie jedzą ja pakuję siano do mojego magicznego wózeczka i wiozę je na pastwisko. Przekładam sianko do paśnika i wracam po kolejną turę. Po drodze odkręcam wodę, która płynie sobie wężem ogrodowym prosto do wanny na pastwisku. No i tak 3 razy w tę i z powrotem, na koniec zakręcam wodę i włączam elektryzator. Wtedy konie już najedzone wystawiają głowy poza boksy i obserwują co robię 😊 Czas wypuścić bydlaczki. Otwieram boksy w odpowiedniej kolejności (ci którzy lata spędzili przy koniach wiedzą, że żeby ułatwić sobie życie trzeba mieć ustaloną kolejność wypuszczania koni) i lecą sobie na pastwisko. Idę zamknąć za nimi bramę. Później szybciutko zrzucam z siebie ciuchy stajenne i czapkę (którą zakładam żeby włosy nie przeszły mi zapachem stajni), nastawiam wodę na kawę i lecę się przebrać i umyć ręce. Oczywiście moja wierna łaciata towarzyszka od samego rana lata ze mną 🐕 Wygrzebuje się spod ciepłego kocysia i jak tylko widzi, że wychodzę od razu leci do drzwi razem ze mną. Swoją drogą śmieszne to... Idę do łazienki pies leży, wychodzę z łazienki pies od razu przychodzi i idzie pod drzwi, po powrocie kładzie się i nie idzie bo wie, że teraz do pracy jadę. Ona zna lepiej mój grafik niż ja sama. Taka rutyna jest potrzebna. Dzięki temu codzienne czynności, które i tak trzeba zrobić robi się bardziej mechanicznie, sprawniej, szybciej.. Przynajmniej ja to tak odczuwam.

                               Molly lekko zaspana, ale pilnuje porządku podczas karmienia koni.


Przebranie się i uczesanie zajmuje mi akurat tyle czasu, że woda zdąży się zagotować. Zalewam swój kubek termiczny i to wszystko. Można lecieć do pracy. Molka wtedy już wie, że skoro jestem przebrana to wychodzę do pracy więc ze smutną miną idzie do swojego legowiska, tam się kładzie i wzdycha. 

Z racji zawodu nie pracuję długo, a więc psica długo nie musi tęsknić 😊 Do godziny 12 jestem w domu. No i zabieram się za kolejne obowiązki. Czyszczenie stajni i tak dalej...

Udało mi się wypastować wszystkie siodła. Skóra nasiąkła już nieco balsamem, ale w niektórych miejscach jeszcze jest on wyczuwalny, dlatego najlepiej jest pastować i olejować sprzęt jeździecki co najmniej 2 dni przed planowaną jazdą. W przeciwnym razie na spodniach zostaną ślady smaru do siodeł. Ja zaplanowałam wyjazd w teren na piątek. D ma akurat wolne więc może przyjechać. Wybierzemy się jak najszybciej, żeby nas wieczór nie zastał. W każdym razie do 17:30 jest jasno, wystarczy jak wyjedziemy około 14:00.  Do nasmarowania zostały mi jeszcze ogłowia, ale z racji właśnie planowanej jazdy nie będę ich smarować dzisiaj, a dopiero w piątek po jeździe. Usiądziemy sobie i wypastujemy całą resztę. Tak właśnie lśnią siodła na zrobionej przez Szczeżujskiego ścianie:



Wczoraj kolejna wizyta u weta z Frycią. Po pierwszej dawce antybiotyku lepiej nie było, teraz już jest trochę lepiej. Kolejna wizyta w piątek właśnie. Msm nadzieję, że ta piątkowa dawka już całkiem jej poprawi zdrówko. 

Właśnie byłam w drodze powrotnej, gdy zadzwonił Szczeżujski, że konie uciekły... No tak. Co jakiś czas musi się przydarzyć. Przerabiałam to nie raz i nie dwa. Na szczęście tylko 3 znalazły słabą część płotu, a dwójka nie zorientowała się więc Szczeżujskiemu udało się szybko opanować sytuację jeszcze zanim dojechałam do domu. Później poszliśmy sprawdzić stan ogrodzenia. Okazało się, że Neptun zainicjował ucieczkę przeciskając się między stawem, a płotem po uprzednim pozbyciu się linki. Jest tam bardzo grząsko więc zapewne zapadając się parł na przód i tak wylazł za płot. Za nim poleciała Niki no bo przecież żyć bez niego nie może. I uwaga... Dziadunio Narwal postanowił wybrać się z młodszymi na eskapadę. Efektem hulanek w tak zaawansowanym wieku są dwa otarcia. Jedno mikrootarcie na nodze i duży, oskalpowany placek na lewym półdupku... w kształcie serca w dodatku 💜No spieszy mu się coś ostatnio na tamten świat, oj spieszy... Na szczęście te otarcia to nic poważnego i nie wymaga interwencji weterynarza. Spryskałam mu to tylko cyclosprayem, dziś poleci opatrunek srebrem i sprawa załatwiona. 

Płot od razu naprawiliśmy i wypuściliśmy ekipę z powrotem, tym razem włączając większe napięcie na elektryzatorze. Obserwowałam chwilę wszystkie. Neptun znów udał się w owy róg, którędy to po mistrzowsku zbiegł ze spacerniaka, ale natknąwszy się na pastuch zrezygnował z dalszych starań. 

Moje urwisy
Lovki i kisski Narwala i Nikity

Gdy upewniłam się, że koniska nie planują już dezercji to nawiozłam im sianka po raz kolejny bo ten poranny rzut już został wyjedzony.

Dziadunia wzięłam na trawkę. On nie będzie sam planował dezercji, a więc puszczam go luzem na podwórku, żeby wyjadł trawkę i odpoczął. Bo z końmi to tak jest, że te słabsze osobniki zawsze są gdzieś tam przeganiane. Rudy zaciekle broni Narwala i krzywda mu się nie dzieje, nikt go nie kopie ani nie gryzie, ale on i tak woli trzymać się w bezpiecznej odległości. Ma respekt do Neptuna i się nie dziwię, każdy miałby respekt do takiego kloca. Choć Rudy nie ma i uważa się za pana i władcę 😅Kiedyś gnębiony przez Narwala po dołączeniu do stada- teraz król i obrońca uciśnionych 😇


Dziadzio świeżo po tarzanku w błocie na tle jesiennych barw.

To już jest prawie 11.00, a mgła dalej wszechobecna. Jeśli utrzyma się do mojego powrotu do domu, może uda mi się zrobić zdjęcia koni we mgle 💭
Na szczęście jest w miarę ciepło więc nie mogę się czepiać pogody. No i miałabym wielkie życzenie na jutro: Żeby nie padało! 





poniedziałek, 20 października 2025

Nieplanowane gorzkie żale

    Weekend minął pod znakiem gości. Sobota niestety niezbyt przychylnie podeszła do nas z pogodą. Lało co chwilę, za to niedziela uraczyła nas pięknym słoneczkiem, które rozgrzewało i wywoływało na twarzy uśmiech. 
    Tata pomógł mi z nieszczęsnymi blachami na myjce więc na reszcie mogę zabrać się za malowanie 😊 To znaczy mogłabym się zabrać bo dzisiaj to akurat muszę jechać do weterynarza z Frytką po pracy. Kicha i prycha nieszczęsny nasz futrzak więc trzeba działać. Zaczęło się w piątek, zapewniliśmy jej ciepło, odpoczynek, jedzonko i picie pod nosem i nie wypuszczaliśmy cały weekend na dwór. W sobotę i niedzielę przychodnie zamknięte, a więc dziś pakujemy się i jedziemy. W drodze powrotnej na pewno zajadę do sklepu po zakupy i tak zejdzie mi czasu na drobnych pierdołach. Po powrocie naszykować stajnię, skręcić jakiś obiad i już po moim czasie na cokolwiek. 
    Szczeżujski niedawno zrobił mi wieszaki na siodła i ogłowia w stajni na ścianie. Ścianę sama szykowałam: to jest szorowałam druciakiem i gruntowałam, a Szczeżujski pomalował ładnie i starannie wokół wieszaków. Teraz ściana nie będzie mi brudziła siodeł.

    Muszę się jak najszybciej zabrać za zabezpieczenie siodeł na zimę. Muszę wszystko porządnie wypastować i pochować te nieużywane rzeczy. Reszta do pastowania i do powieszenia na wieszaki. Zrobiłam nawet etykiety by podpisać który czyj jest wieszak w stajni. Bardzo szybko robi się nam już ciemno więc mam ograniczony czas na robienie rzeczy wszelkich, choć takie coś jak pastowanie sprzętu mogę sobie zrobić i po zmroku w stajni. . Usiądę sobie w stajni, zapalę światło i będę powolutku i sukcesywnie po kolei wszystko pastować. Łącznie ze sprzętem Niki i Neptuna. Trochę będzie z tym zabawy. Na D nie będę czekać bo już drugi tydzień go nie było, a ja nie mam zamiaru czekać, aż skóra zacznie wilgocią naciągać. Poprosiłabym o pomoc dziewczyny, które na jazdy przychodzą, ale te też już jakiś czas się nie pojawiają. No tak... bo zimno, bo mokro, bo błoto, bo buro i ponuro..  Wszyscy jeżdżący odpalają się na wiosnę i tak przyjeżdżają do końca lata. Jak tylko zacznie się jesień -ale nie ta na początku piękna, złota i jeszcze ciepła tylko ta październikowa- już zimna i błotnista to wszyscy zakładają golfy po sam czubek głowy, wełniaki po kolana, chwytają za kubek gorącej czekolady i siadają przed telewizorem z pilotem. Osoby bardziej zapalone jeździecko są o wiele bardziej odporne na warunki atmosferyczne. 




A ja? No, a ja chcąc nie chcąc muszę być odporna bo taki los sama sobie wybrałam. O tym marzyłam, to osiągnęłam, a teraz muszę to ogarnąć czy to zima czy to lato. Końmi trzeba się zająć codziennie, a nie tylko wtedy kiedy mamy na to ochotę. O sprzęt też trzeba zadbać żeby się nie poniszczył bo wszystkie te jeździeckie pierdoły kosztują fortunę. 
Niektórzy są mocno zdziwieni tym jak wygląda taka codzienna opieka nad piątką kopytnych dzieci. To nie jest tylko przejście się z wiaderkiem owsa i wsypanie do żłobu. To jest tylko kropelka w morzu, w dodatku najprostsza i najprzyjemniejsza. Koniom trzeba wybrać z boksów nieczystości i wywieźć. Trzeba nawozić słomy i rozścielić ją, trzeba poupychać siano w siatki i zawiesić je w boksach. Każde wiadro na wodę trzeba umyć po wylaniu starej wody. Nie. Nie opłukać tylko umyć. Gąbką, szczotką, szmatką.. Należy naszykować każdemu indywidualną porcję jedzenia w wiaderku. Każdy dostaje inną dawkę i inne suplementy w zależności od potrzeb. Jesienną porą konie nie mają już trawiastych pastwisk, wszystko wyjedzone i wydeptane więc trzeba im dawać siano na pastwiska. Na cały dzień potrzebują dwóch pełnych koszy po mauserach co daje nam łącznie około 6 dużych wózków na siano. To 6 kursów ze stodoły na pastwiska z obładowanym wózkiem. Niestety wejścia na pastwiska wyglądają jak bajora na chwilę obecną więc wożenie siana przyczepką jest okraszone dużym ryzykiem ugrzęźnięcia i zablokowania samochodu, przyczepy i koni na pastwiskach. Wózek bezpieczniejszy. A propos błota.. Jak błoto to i problemy z nogami. Nie chcę na razie o tym myśleć, ale gruda (taka choroba na nogach) czy gnicie kopyt jest nieuniknione przy takich warunkach a to oznacza codzienne mycie i smarowanie końskich nóg.  

Ten post miał być w ogóle o czym innym, nastawienie miałam raczej pozytywne, ale poniosły mnie trochę jesienne gorzkie żale 😅 To chyba przez to permanentne niewyspanie. Brak mi energii do czegokolwiek i zaczynam widzieć głównie minusy. Nie powinnam bo o dziwo dziś pięknie przygrzewa słoneczko. Mam nadzieję, że cały dzień będzie tak grzało.
Muszę zajechać chyba po jakieś witaminy dla siebie na wsparcie odporności i dodanie energii zanim złapie mnie jesienna deprecha. W tym roku wyciąga po mnie swoje łapska wyjątkowo szybko... jeszcze wszystkie liście z drzew nie spadły.

Nie marudź kobito. Chciałaś to masz!

czwartek, 9 października 2025

Ruda metamorfoza

Na zewnątrz zaczęła się się iście jesienna aura. Deszcz, poranne mgły i chłód.. Weekend padało...cały poniedziałek padało, dosłownie od rana do nocy. Na szczęście wtorek zaszczycił nas słoneczkiem i mogłam Szczeżujskiego wyciągnąć na krótką konną przejażdżkę żeby przetestować siodło, które do mnie dotarło. 
Postawiłam na Kieffera- to niemiecka, sprawdzona i porządna firma. Siodła kieffera zrobione są z wytrzymałej i porządnej skóry, na pewno nie ma obaw, że coś się zaraz rozpadnie czy zepsuje samo z siebie jak większość taniego i nowoczesnego sprzętu- na przykład- jeszcze w wakacje zamówiłam siodło westernowe. Wybrałam coś taniego, cena była podejrzanie niska, no ale zapytałam czy z siodłem wszystko w porządku, czy to nie przypadkiem jakaś zabawka. Dostałam odpowiedź, że to normalne siodło do użytku na dużych koniach. No ok... w opisie "wykonane z wytrzymałych materiałów". No oczywiście, że nie będzie to skóra bydlęca za taką cenę, ale syntetyki też nie są aż takie złe biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości. Zamówiłam, przyszło, odpakowałam... i troszeczkę opadła mi kopara. No siodło i owszem pełnowymiarowe na konia, ale chyba jedynie na sztucznego, żeby sobie na nim leżało i nie było użytkowane. Wszystkie pasy były parciane... I to nie jakieś potrójne czy nawet podwójne tylko pojedyncze, cienkie, parciane paski, które może jedną jazdę by wytrzymały, do tego były łączone ze sobą cienkimi rzemykami rozpadającymi się w rękach. Myślę sobie... eh.. no za taką cenę to sobie wymienię te paski na skórzane i wszystko będzie grało. Yyy, no nie. Bo im bliżej przyglądałam się całości tym bardziej byłam przekonana, że to jakiś nieśmieszny żart. Strzemiona- z wbudowanymi paskami parcianymi. Czyli cały ciężar jeźdźca opiera się na takim gówienku?  Nie, dziękuję. Nie wymienisz samego paska, do wymiany całe strzemiona. Już wtedy dałam sobie spokój z tym pożal się boże "eksponatem". Ja już miałam w stajni syntetyczne siodła i są one zrobione całkiem dobrze, służą o kilka lat, ale to? To czym było pokryte siodło.. w sumie nawet nie wiem co to było. To była taka... no wiecie jakby oszukana skóra. Coś jak na kurtkach "niby skórzanych" tylko, że chyba z 10 razy cieńsza. Jak przesunęło się po niej palcem to zostawały takie pomarszczone ślady. Wystarczyłoby mocniej docisnąć i dziura murowana. I nasuwa mi się pytanie.... kto normalny robi sprzęt jeździecki, używany na koniach, które ważą 600 kg-800 kg  z badziewnych pojedynczych parcianych paseczków i niby skórki? Ładne było, owszem, ale nadawało się jedynie na eksponat do muzeum absurdu. Na moje oko wytrzymałoby max tydzień przy dobrych wiatrach i bardzo spokojnym koniu. Badziew oczywiście zwróciłam i do tematu nie powróciłam.
No i nauczona doświadczeniem na siodło dla Rudego wybrałam coś porządnego. Oczywiście używkę bo nie stać mnie na nowego kieffera, ale nawet używany kieffer jest o niebo lepszy i wytrzymalszy niż nowa taniocha.
Wybrałam model Norbert Koof- to siodło skokowe, z wydatnymi klockami trzymającymi łydkę w odpowiedniej pozycji. We wtorek właśnie testowałam czy ja w nim się dobrze czuję i czy pasuje na Rudego co jest oczywiście najważniejsze. Póki co starałam się wybrać mu coś co najbardziej się wpasuje w jego budowę. Udało się jak mniemam.




Tak czy inaczej do póki jeszcze mam czas na zwrot to i tak będę się zastanawiała czy na pewno wszystko pasuje i czy dobrze robię kupując drogie siodło. Będę się zadręczać, że jest tyle rzeczy do kupienia, a ja kupuję Kieffera zamiast coś dobrego i taniego... Taka już jestem. Niestety. Będzie mnie to zżerać i nic na to nie poradzę.
Nie przetestowałam jeszcze wędzidła językowego, które przyszło już po powrocie z terenu. To akurat udało mi się kupić za grosze używane. Jeśli coś nie spasuje to puszczę dalej i przejmować się nie będę. Właśnie w niedzielę wysłałam inne wędzidło bo ktoś je kupił ode mnie na olx. Było nowe, sama kupiłam je dla Aprilki, ale jednak za małe się okazało. Odsprzedałam w tej samej cenie co kupiłam i stratna nie jestem. Siodło to jednak coś innego i większy kłopot do sprzedania bo i nie mało kosztuje i wysyłać do przymiarki trzeba.. Zamieszania trochę jest.

Tak w ogóle odnośnie Rudego to przeglądałam ostatnio zdjęcia. I tak dla porównania wstawiam tutaj bo metamorfoza jest fajnie widoczna. Konia przywiozłam wychudzonego i zapadniętego. Jego lordoza oczywiście magicznie nie zniknie, ale widać, że mięśnie na grzbiecie już się nadbudowały troszkę. W każdym razie masa już jest, teraz fajnie byłoby jeszcze troszkę mięśnie porobić i i będzie już całkiem super 🙂 Od kiedy do mnie przyjechał dostaje witaminy i suplementy, oraz pełnowartościowe posiłki. Został też odrobaczony dwukrotnie. 
Po lewej: Rudy pod koniec lutego, a po prawej Rudy obecnie:







To moje największe zwycięstwo i coś co było dla mnie priorytetem. Bardzo się cieszę, że udało mi się tak o niego zadbać. 

Wtorkowa pogoda i chyba ta nasza mała przejażdżka tak mnie nastroiły, że nie wiedziałam za co mam się zabrać tak mi się zachciało czynić porządki wokół 😊No i zabrałam się za wygrabienie liści spod krawężników na całym podwórku i na podjeździe aż na sam dół. Jak skończyłam była już prawie 19 i ciemno się zrobiło. Już liści nie widziałam, ale twardo ładowałam je do kosza. No i dziś rano jadąc do pracy wydało się gdzie te kosze stały w momencie ładowania bo zostało kilka rozsypanych liści 😌

Dzisiaj muszę się wziąć za stajnię. Troszkę ogarnąć w środku, pochować na zimę niepotrzebne rzeczy, te których nie używa się na co dzień. Na przykład szory, trzeba je wypastować i schować żeby nie niszczały, umyć i schować kaski, wytrzeć z kurzu skrzynki na szczotki no i ogarnąć bajzel na szafce. Będę musiała też zagruntować ścianę wokół haków na siodła bo najwyraźniej wcześniej była to wapnowana ściana i teraz przy każdym dotknięciu siodła są białe 😕
Wczoraj ogarnialiśmy stare pomieszczenia i pakowaliśmy śmietniki. Zostało jeszcze mnóstwo śmieci po poprzednich właścicielach.. A niestety plastiki wywożą co 3 tygodnie i nie mamy tego jak sprzątnąć od razu. 
W paszarni też powiało świeżością, dokupiłam pojemniki na paszę i opisałam je. Nawet naklejki z logo stajni nie zabrakło 😉



Konie dostały na padok piłkę ⚽Troszkę bały się nowej rzeczy, w dodatku ruszającej się, ale ciekawość wygrała i każdy podszedł powąchać to nowe coś. Neptun i Aprilia nawet popychali ją nosami. W każdym razie zanim ogarnęły, że to ich nie zje to zrobiły kilka ucieczkowych rundek w tę i z powrotem wpadając w dynie samosiejki. Niektóre dyńki zostały pourywane więc zanieśliśmy je do domu. Tam troszkę jeszcze postoją na parapecie i może nabiorą więcej kolorków. No a później powrót do korzeni, że tak powiem czyli do końskich brzuszków 😋







Dzika róża już dawno zebrana, suszy się na papierze w pokoju. Niedługo będę mogła ją pozbierać i podawać koniom. To świetne źródło witamin, wystarczy tylko pozbierać i ususzyć. 


Kostka już po sterylizacji. Szybko doszła do siebie i może znów hasać w stodole skacząc z balota na balot. Nie mogła się biedna przyzwyczaić do ubranka pooperacyjnego, ale ostatecznie daliśmy radę 😏


Właśnie zza chmur wyszło słońce. Czyżby była nadzieja na dzień bez deszczu?