Dzień dobry w poniedziałek 😊Nikt nie lubi poniedziałków.. Ja nie jestem wyjątkiem. A więc na wstępie kwintesencja zwrotu "Dzień dobry" na poprawę humoru:
W poprzedni weekend przy Pomorskim Ośrodku Doradztwa Rolniczego odbyły się targi rolnicze... A z prawowitej nazwy raczej ogrodnicze, ale tak czy inaczej zawsze są tam i sprzęty rolnicze i zwierzęta. Zazwyczaj rybki, króliki czy drób. Na typowo rolniczych, które odbywają się w czerwcu już obecne są inne zwierzęta jak bydło, owce, konie. Hodowcy prezentują z dumą swoje zwierzaki, a sędziowie oceniają.
Na ogrodniczych czyli takich jak te jest zdecydowanie więcej roślin. Wiadomo, wszak to czas wysadzania do ziemi kwiatów, drzewek i innych roślinek. Tak więc można tam się zaopatrzyć w jakieś mniej i bardziej pospolite chaszcze, które tam się nam akurat spodobają. Oprócz tego tak jak wspomniałam hodowcy przywożą te raczej drobne zwierzątka więc można sobie dokupić takiego królika, gołębia czy kurkę. No i tak oto zaopatrzona w wielkie pudło wyścielone siankiem udałam się na rzeczone targi z zamiarem przywiezienia dwóch nowych lokatorów- kaczek biegusek. Niestety większość kaczek była jeszcze kaczętami, a to zdecydowanie odpada. Mam koty więc żyłabym w permanentnym stresie, że nie dopilnuję, nie dopatrzę, przeoczę coś drobnego i kaczusie zginą w kocich paszczach. Co to to nie... Było też kilka dorosłych osobników, ale przeważały kaczory, a kaczki same szarobure były. Postanowiłam więc poczekać i kupić gdzie indziej.
Owe targi to nie tylko zwierzęta i rośliny, ale także sprzęty rolnicze i ogrodnicze, strefa gastronomiczna, bazarek swojskich wyrobów, stoiska rękodzielników no i ogólnie różności od ubrań po jakieś pierdółki, które często nawet nie wiadomo do czego służą. Są też stragany ze sprzętem jeździeckim. W tym roku kupiłam Molce taki oto prezencik. Drewniany podest na miseczki, pięknie zdobiony.
Lubię być obecna na targach i ogrodniczych i rolniczych. Nigdy nie wracam do domu z pustymi rękami. Przywożę, albo swojski ser, albo jakąś roślinkę do wkopania. W tym roku co prawda roślinki poszły na dalszy plan, ale swojski ser przywiozłam.
Hacjenda dla biegusek jest już skończona... W zasadzie mogą się wprowadzać bo miseczki już stoją, a zagrodę samodzielnie łatałam drutem, dociętymi kawałkami siatki i przygniatałam kamieniami. Na wybiegu wykopałam dziurę i wkopałam taki oto basen w kształcie muszelki. Brakuje już tylko lokatorów.
Na lokatorkę kózkę będę musiała poczekać przynajmniej do połowy czerwca.. a jej również przygotowałam już hacjendę bo spodziewałam się, że zwita szybciej. Wszystko wybiałkowane, wiaderka kupione, wystarczy tylko pościelić słomą i gotowe...Ale co tam.... czekałam na nią tyle czasu... poczekam i więcej. Skoro ubzdurałam sobie, że to ma być ta konkretna koza bo moja supermoc tak mi podpowiada... to będę czekać i już.
Dzisiaj ma przyjechać tata i zabieramy się za robienie siodlarni. Trzeba będzie określić co i jak robimy, czym robimy i ile to będzie kosztować, a potem zabrać się do roboty. Czeka mnie więc zapewne dość intensywny tydzień... Już się boję jak to przeżyję...
Ostatnio mieliśmy z D więcej czasu na wyjazd w teren więc stwierdziłam, że spróbujemy objechać jezioro. Na mapach nie widać tam żadnych dróg więc nie było pewne czy w ogóle da się tam jakoś przejechać, ale siedziałam i zastanawiałam się i pomyślałam, że przecież jakieś dróżki muszą tam być. Na mapach jest spory obszar lasu i zero dróg. Wręcz niemożliwe. Może dróg nie ma, ale ścieżki są na pewno. I tak znów pojechaliśmy w ciemno przed siebie. Okazało się, że owszem- ścieżki są. Może trochę wąskie, a teren dość "górzysty" ale widoki są nieziemskie. Jadąc sobie tak konno dookoła jeziora widać tylko las i wodę. Nic więcej. W dodatku owe ścieżki i jezioro są rzadko uczęszczane przez ludzi bo nie da się tam dojechać samochodem. Ludzie wolą podjechać pod samą plażę i siedzieć nad jeziorem przy drodze niż przejść się i cieszyć ciszą, spokojem i widokiem zapierającym dech w piersiach. Mi to pasuje. Przynajmniej można śmiało poszaleć po brzegu z końmi 😊

















