poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Targi ogrodnicze

Dzień dobry w poniedziałek 😊Nikt nie lubi poniedziałków.. Ja nie jestem wyjątkiem. A więc na wstępie kwintesencja zwrotu "Dzień dobry" na poprawę humoru:


 W poprzedni weekend  przy Pomorskim  Ośrodku Doradztwa Rolniczego odbyły się targi rolnicze... A z prawowitej nazwy raczej ogrodnicze, ale tak czy inaczej zawsze są tam i sprzęty rolnicze i zwierzęta. Zazwyczaj rybki, króliki czy drób. Na typowo rolniczych, które odbywają się w czerwcu już obecne są inne zwierzęta jak bydło, owce, konie. Hodowcy prezentują z dumą swoje zwierzaki, a sędziowie oceniają. 

Na ogrodniczych czyli takich jak te jest zdecydowanie więcej roślin. Wiadomo, wszak to czas wysadzania do ziemi kwiatów, drzewek i innych roślinek. Tak więc można tam się zaopatrzyć w jakieś mniej i bardziej pospolite chaszcze, które tam się nam akurat spodobają. Oprócz tego tak jak wspomniałam hodowcy przywożą te raczej drobne zwierzątka więc można sobie dokupić takiego królika, gołębia czy kurkę. No i tak oto zaopatrzona w wielkie pudło wyścielone siankiem udałam się na rzeczone targi z zamiarem przywiezienia dwóch nowych lokatorów- kaczek biegusek. Niestety większość kaczek była jeszcze kaczętami, a to zdecydowanie odpada. Mam koty więc żyłabym w permanentnym stresie, że nie dopilnuję, nie dopatrzę, przeoczę coś drobnego i kaczusie zginą w kocich paszczach. Co to to nie...  Było też kilka dorosłych osobników, ale przeważały kaczory, a kaczki same szarobure były. Postanowiłam więc poczekać i kupić gdzie indziej.




Owe targi to nie tylko zwierzęta i rośliny, ale także sprzęty rolnicze i ogrodnicze, strefa gastronomiczna, bazarek swojskich wyrobów, stoiska rękodzielników no i ogólnie różności od ubrań po jakieś pierdółki, które często nawet nie wiadomo do czego służą. Są też stragany ze sprzętem jeździeckim. W tym roku kupiłam Molce taki oto prezencik. Drewniany podest na miseczki, pięknie zdobiony.



Lubię być obecna na targach i ogrodniczych i rolniczych. Nigdy nie wracam do domu z pustymi rękami. Przywożę, albo swojski ser, albo jakąś roślinkę do wkopania. W tym roku co prawda roślinki poszły na dalszy plan, ale swojski ser przywiozłam. 

Hacjenda dla biegusek jest już skończona... W zasadzie mogą się wprowadzać bo miseczki już stoją, a zagrodę samodzielnie łatałam drutem, dociętymi kawałkami siatki i przygniatałam kamieniami. Na wybiegu wykopałam dziurę i wkopałam taki oto basen w kształcie muszelki. Brakuje już tylko lokatorów. 


Na lokatorkę kózkę będę musiała poczekać przynajmniej do połowy czerwca.. a jej również przygotowałam już hacjendę bo spodziewałam się, że zwita szybciej. Wszystko wybiałkowane, wiaderka kupione, wystarczy tylko pościelić słomą i gotowe...Ale co tam.... czekałam na nią tyle czasu... poczekam i więcej. Skoro ubzdurałam sobie, że to ma być ta konkretna koza bo moja supermoc tak mi podpowiada... to będę czekać i już.



Dzisiaj ma przyjechać tata i zabieramy się za robienie siodlarni. Trzeba będzie określić co i jak robimy, czym robimy i ile to będzie kosztować, a potem zabrać się do roboty. Czeka mnie więc zapewne dość intensywny tydzień... Już się boję jak to przeżyję...

Ostatnio mieliśmy z D więcej czasu na wyjazd w teren więc stwierdziłam, że spróbujemy objechać jezioro. Na mapach nie widać tam żadnych dróg więc nie było pewne czy w ogóle da się tam jakoś przejechać, ale siedziałam i zastanawiałam się i pomyślałam, że przecież jakieś dróżki muszą tam być. Na mapach jest spory obszar lasu i zero dróg. Wręcz niemożliwe. Może dróg nie ma, ale ścieżki są na pewno. I tak znów pojechaliśmy w ciemno przed siebie. Okazało się, że owszem- ścieżki są. Może trochę wąskie, a teren dość "górzysty" ale widoki są nieziemskie. Jadąc sobie tak konno dookoła jeziora widać tylko las i wodę. Nic więcej. W dodatku owe ścieżki i jezioro są rzadko uczęszczane przez ludzi bo nie da się tam dojechać samochodem. Ludzie wolą podjechać pod samą plażę i siedzieć nad jeziorem przy drodze niż przejść się i cieszyć ciszą, spokojem i widokiem zapierającym dech w piersiach. Mi to pasuje. Przynajmniej można śmiało poszaleć po brzegu z końmi 😊



Pogoda ostatnio zachowuje się przedziwnie. Wieje tak, że mało łba nie urwie. W sumie to urwało... a raczej ukręciło łebki bratkom bo nie wpadłam na to by je schować. Wszechobecna susza, wieczność bez deszczu. Przyroda nieśmiało przechodzi w tryb wiosenny, ale widać, że brakuje tego deszczu. Wystarczyłby jeden deszczowy dzień i od razu wystrzeliłoby to wszystko. Trawa na pastwisku rośnie powolutku, chyba będzie trzeba ją podlewać żeby zaczęła odbijać szybciej. No i oczywiście to zimno. Raz jest gorąco, a raz zimno tak przenikliwe zawieje, że człowiek nie wie w co się ubrać. Nocami przymrozki. Może nie jest to niczym niezwykłym, ale -5 to już solidny mróz, a nie przymrozek.
Za to sezon na najpiękniejsze zachody słońca uważam za otwarty. Za to kocham to moje zaciszne miejsce za stajnią bo tam można się delektować tymi widokami w nieskończoność...







A jakby ktoś chciał obejrzeć filmik z widokami znad jeziora i naszym pluskaniem z końmi w rytmach muzyki z piratów z Karaibów to bardzo proszę: 
https://www.instagram.com/reel/DXR-gdUDHef/?utm_source=ig_web_copy_link&igsh=MzRlODBiNWFlZA==

PS: Niebawem postaram się powrzucać filmiki na youtybe. Wtedy będzie łatwiej je tu publikować :)









środa, 8 kwietnia 2026

Wesołych PoŚwiąt

Wyciągnęłam moje biedne pelargonie i poucinałam im za długie i wyschnięte pędy. Obskubałam też wyschnięte listki i tak oto zostało mi kilka doniczek sterczących patyków ;) No, ale nie ma tego złego, nowe listki już zaczynają odbijać. Nie wiem czy wszystkie pelargonie tak mają, ale moje wytrzymują zimę bez kropelki wody. Teraz już stoją sobie na balkonie i łapią promienie słońca. Na noc oczywiście je chowam choć z natury jestem zapominalska i już raz mi się zdarzyło o nich zapomnieć. Dobrze, że akurat tej nocy nie było przymrozku.


Od zawsze dużo lepiej radziłam sobie z opieką nad zwierzętami niż nad roślinami. No dobra... muszę przyznać, że nie przykładam się jakoś zbytnio do opieki nad tymi roślinami. Poobrywam listki, przytnę tu i tam, ale często zapominam podlać, schować czy zaopiekować się nimi w inny sposób. Dlatego właśnie tak bardzo lubię te pelargonie bo wytrzymały ze mną już tyle czasu. 

Lubię też cebulki dymki. Te to są dopiero bezobsługowe. Niedawno wsadziłam kilka w doniczki, a szczypiorek rośnie jak szalony. Na święta był akurat do jajek i sałatki.

Zadbałam też o jabłonkę i gruszę. Rozrobiłam w końcu wapno i pomalowałam pnie. Z rozpędu chciałam od razu wybiałkować ściany w stajni, ale po przemyśleniu zrezygnowałam. Najpierw trzeba tam gruntownie wszystko wysprzątać, wtedy dopiero wymalować ściany i podłogę również. 




No, ale za malarską weną idąc wzięłam się w końcu za malowanie za stajnią. Płotek przy myjce konkretnie (ten mój blaszak już rozebrany). Poszło na razie pół puszki farby, a to dopiero jedna furtka. Drewno pochłania farbę niestety. Łatwiej będzie z metalem, wtedy puszka wystarczy na o wiele więcej.. W każdym razie nie mogę się doczekać efektu końcowego. Jedna furteczka już wygląda o wiele estetyczniej, a co dopiero cały płotek.




Czeka mnie jeszcze malowanie całości tych barierek. Sporo pracy i farby przede mną, ale warto bo wygląda to o wiele lepiej.
Koniska bezustannie obserwowały proces malowania, a więc miałam doping.
 



Marzy mi się jeszcze takie ogrodzenie dalej- między polem sąsiada, a placem do jady, ale nie sądzę by był czas na zrobienie go. Ja czas znajdę, ale sama płotu niestety nie postawię. Może inaczej.... postawiłabym, ale zapewne jego stabilność pozostawiałaby wiele do życzenia bo wkopywanie słupków by mnie delikatnie przerosło. Mamy tam tak twardą, gliniastą ziemię, że nawet szpadla tam nie wbiję. W dodatku jest też sporo kamieni.
Ostatnio w sklepie rolniczym zastanawiałam się nad tym czy kupić sobie wiertło do ziemi do słupowania właśnie.. ale tak postałam chwilę, podumałam i pomyślałam, że jak tam co metr jest jakiś kamień pod ziemią to raczej urządzenie mi się nie przyda... A teraz zastanawiam się znowu czy może jednak nie kupić.. Ma ktoś owe urządzenie u siebie? A jeśli ma to czy testował na twardej, gliniastej ziemi? Już pomijając ewentualne kamienie ciekawi mnie czy to w ogóle poradzi sobie z twardą ziemią czy raczej szkoda wywalać na to pieniędzy.


Płotek przy chlewikach też woła o pomstę do nieba. Tam to w ogóle jest śmietnik, a nie płot bo składa się dosłownie ze wszystkiego.. Trochę tam siatki stalowej, trochę tej leśnej... trochę desek i trochę czarnej siatki plastikowej.. Wygląda okropnie, ale niewiele mogę z tym zrobić, chyba że kupię nową siatkę. W każdym razie coś pokombinuję. Może uda mi się choć trochę poprawić wygląd tego ogrodzenia. Niedługo będzie tam spacerować kózka. 

Pod laskiem na wzgórzu szykujemy miejsce na ogródek. Wcześniej był na "kozim" wybiegu, ale z wiadomych przyczyn w tym roku musi zostać przeniesiony. Czekam, aż urośnie piękna trawka no i czekam na nową lokatorkę.

Ostatnio walnęłam gafę bo niedopatrzyłam czy zamknęłam wszystkie boksy porządnie i rano jak przyszłam nakarmić konie i otworzyłam stajnię przywitała mnie Niunia na samym środku. Najedzona za pięcioro i zadowolona z siebie. Boks otworzyła, wyszła sobie na korytarz i wyżarła wszystkim innych ich poranne porcje. Do tego zeżarła cały karton marchewek. Na tym mogłaby skończyć, ale nie... dokopała się też do smaczków, które miałam schowane w skrzyneczce. Wszystkie wyjadła... Nie zostało już nic do jedzenia... ale myślicie, że to ją powstrzymało? Nieeee, nie ma tak łatwo.. Niunieczka nudząc się wywaliła wszystko do góry kołami. Wszystkie skrzynki, wieszaki, szafki i .... śmietnik. Cała jego zawartość walała się po stajni. Wszystko co królewna wywaliła na środek zostało przez nią rozdeptane.... Czy byłam na nią zła? Nieeeee.... Ja byłam wściekła. No, ale co począć? Mogłam się złościć, ale na samą siebie bo powinnam sprawdzić zamknięcie trzy razy. Ona wkurzyła tym, że zrobiła aż takie spustoszenie. Zeżreć wszystko- rozumiem, też lubię jeść, ale taki armageddon? Ehhhh.... Dodatkowo musiałam tego dnia zapewnić jej dużą dawkę ruchu i pilnować czy nie zaszkodzi jej to łakomstwo.. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.




 Z okazji PoŚwiąt wklejam wam rzeczoną Królową Zniszczenia i Chaosu w iście Wielkanocnym klimacie. Taka niepozorna co? ;)

PS: Obrazek oczywiście wygenerowany przez AI. Tylko Aprilka jest tam prawdziwa.






No i a propos świąt to minęły jak z bicza strzelił i niewiele różniły się od innych dni. Spędziłam je w zasadzie głównie samotnie. Pogoda nie dopisała, wiało niemiłosiernie.. Wieczorkiem w niedzielę podjechał w odwiedziny D bo był u taty na święta. Akurat wieczorem na chwilę straszliwy wiatr ustał więc wyciągnęłam go na świąteczny trening. Na teren było za późno, ale po placu pojeździliśmy... i byłam nie lada zdziwiona. Ktoś bowiem zaczarował nam konie. Skakaliśmy przeszkody, przejeżdżaliśmy przez drągi i nie było żadnej zrzutki! Rudy nigdy nie szanował drągów. Skakał byle jak, rozwalał przeszkodę na czynniki pierwsze, a w niedzielę? Ani jednej zrzutki, ani nawet puknięcia! Ktoś mi podmienił konia. 
Oczywiście technika skoku pozostawia wiele do życzenia, ale na to nie patrzę. Zaczął się starać- a to najważniejsze. Oby tak dalej mój Rudzielcu!