środa, 10 grudnia 2025

Ciepło, czysto, miło.

 Ogłaszam wszem i wobec, że piec już grzeje 😌Niełatwo było mieszkać chwilowo w prosektorium, ale... jeszcze gorzej było mieszkać chwilowo w takim syfie. Nienawidzę zimna, poważnie, ale sama zdziwiłam się, że nie tyle to zimno co wszechobecny bałagan dołował mnie bardziej. Czułam się tak okropnie przygnębiona. Każdy człowiek ma jakieś tam poczucie estetyki.. mniejsze czy większe. No i właśnie przez te kucie ścian wszędzie było pełno pyłu. Na podłodze, na ścianach, szafach i szafeczkach. Rzeczy powynoszone, poprzestawiane w jedną kupę, żeby łatwiej było ogarnąć. No i jeszcze to zimno dodatkowo. Myślałam, że oszaleję.

Całe szczęście w czwartek wieczorem udało się już uruchomić ten piec i zaczął się proces powolnego rozgrzewania domu. Nadal było zimno, ale już w piątek było czuć różnicę i to sporą. Po powrocie z pracy w piątek wzięłam się za sprzątanie chociaż odrobinki. Nie wiedziałam za co mam się wziąć, od czego zacząć... 
Padło na sypialnię. Pozmieniałam pościele, pomyłam okna, podłogi, szafki, pozdejmowałam firany i zasłony do prania. Niby jeden mały pokoik, a godzinę bitą mi zajęło sprzątanie go, nie licząc pościeli. Wiadomo, że w międzyczasie musiałam obrządek zrobić w stajni, później wzięłam się na szybko za łazienkę u góry. I tak na prawdę nie planowałam nic więcej, ale gdzie nie spojrzałam tam szlag mnie trafiał, że jest pył z wiercenia i roznosi się dalej na cały dom. Jak zdjęłam rękawice i odstawiłam w kąt mopa była godzina 23:30.  Zawzięłam się i sprzątnęłam też kuchnię, spiżarnię, przedpokoje i schody. Zostały mi weranda i łazienka na dole. Gdy tylko posprzątałam od razu poczułam się lepiej, a przyjemne ciepło powoli rozgaszczało się w domu. I tak oto w sobotę mieliśmy 20 stopni w domu. I tak mi się błogo zrobiło jak wczoraj oglądałam rolników z Podlasia...Tak mi było cieplutko. Leżałam w czystej pościeli, pod czystym i miękkim kocykiem, a w ręce trzymałam kubek z gorącą herbatą z pomarańczą. W końcu poczułam się dobrze.. 



Ale wracając jeszcze do soboty...

W sobotę z okazji Mikołajek zorganizowaliśmy wyjazd w teren na koniach. Pojechaliśmy w trasę dookoła jeziora Łąkie. Troszkę pobłądziliśmy, troszkę musieliśmy poprowadzić konie w ręku bo podłoże było bagniste i baliśmy się poślizgu. Ostatecznie po ponad dwóch godzinach tułaczki wróciliśmy do stajni 😋 Ja tam osobiście lubię takie tułaczki. Lubię zwiedzać i odkrywać nowe miejsca, nie kręci mnie jazda wciąż tymi samymi drogami. Dziewczyny były też zadowolone. W teren tym razem pojechała z nami też mała Niunieczka, która dość dawno pod siodłem nie chodziła, ale poradziła sobie świetnie. Nie bała się niczego, nie zatrzymywała się ani nie panikowała, gdy widziała samochody. Jestem z niej mega dumna.  



Po powrocie z terenu czekało na nas ognisko przygotowane przez Szczeżujskiego, kijki do kiełbasek, grzane wino i świąteczne przeboje płynące z głośników. Piekliśmy kiełbaski, a dookoła nas krążyły dwie kocice i psica mające nadzieję, że coś spadnie. Kilkanaście metrów dalej pasły się konie i tylko co jakiś czas zerkały w naszą stronę sprawdzić czy wszystko jest w porządku. 

 


Kostka czeka aż spadnie jakaś kiełbaska


Po ognisku skoczyliśmy jeszcze z D do sklepu, a po powrocie wpuściliśmy do stajni konie, które po ciemku jeszcze jadły sobie sianko i posprawdzaliśmy wszystkim kopytka. Obejrzeliśmy, czy żadnemu nie utknął w kopycie jakiś kamień, wyczyściliśmy je trochę z błotka. Popryskaliśmy cyclosprayem nogę Neptunowi bo znów uszkodził delikatnie guzek, który się na niej znajduje. Konie zostały obdarowane buraczkami Mikołajkowymi, nakarmiliśmy je, dołożyliśmy siana i w końcu do domku. Zaraz po naszym wejściu przyjechali M i P. Razem usiedliśmy więc przy stole i przy pogawędce rozegraliśmy kilka starć w gry planszowe.

Wracając jeszcze na chwilę do mikołajkowego terenu- spędziliśmy w siodłach prawie 3 godziny, a moje kolana i kostki nie bolały mnie. Tak dla wyjaśnienia- jazda konna obciąża kolana i kostki przez to, że nogi muszą być oparte na strzemionach. Do tej pory miałam zwykłe, stalowe strzemiona, później zmienione na plastiki, ale też zwykłe. No i postanowiłam zainwestować w porządne strzemiona odciążające stawy i amortyzujące wstrząsy. Sprzęt jeździecki jest strasznie drogi, ja zwykle kupuję rzeczy używane bo niestety coś co jest tańsze mocno odbiega jakością od tych dobrych rzeczy więc dla dobra koni bądź w tym przypadku moich stawów wybieram używaną, ale porządną rzecz. Strzemiona odciążające to koszt ponad 400 zł za nowe... Czekałam i czekałam na okazję, aż w końcu trafiłam. Ktoś sprzedawał w internecie używki za pół ceny. Tyle kosztują nowe badziewia, a mi udało się dorwać porządne strzemiona. Ja, jak to zawsze ja po części szczęśliwa, a po części z wyrzutami sumienia... Wyrzuty sumienia minęły w momencie, gdy moje kolana mi podziękowały. I na tym przykładzie będę już zawsze polować na takie okazje. 


Od wtorku jest tak ciepło na zewnątrz... ponad 10 stopni.. I pomimo, że cieszę się bo wolę ciepło niż zimno to niepokoi mnie trochę taki stan rzeczy. Konie obrosły grubą, zimową sierścią, a tu nagle temperatury prawie, że wiosenne. Mogą się trochę przegrzewać. 
W standardowym miejscu - na polu za placem do jazdy pojawili się znów moi ulubieni sąsiedzi- żurawie. Czytałam już o tym, że przestały odlatywać na zimę. Nie było ich przez chwilę, ale teraz znów wróciły i swoim śpiewem dodają uroku codzienności na wsi.











środa, 3 grudnia 2025

Lodowe piruety

Pół Polski zasypał śnieg. No to ja jestem w tej bezśnieżnej części Polski, ale mam za to mróz 💀 Pogoda w ostatnich dniach troszkę nam tu utrudnia życie, nie powiem, że nie... Na ten przykład w sobotę rano wyszłam z domu, zeszłam po schodkach i w planach mam skierować się w stronę stajni co by moje stadko nakarmić, aż tu o mały włos bym orła nie wywinęła. Okazuje się, że w nocy padał sobie deszcz, który pod wpływem niskich temperatur zamarzł. W efekcie zrobiło nam się na podwórku lodowisko.  A że w dużej mierze podwórko wyłożone jest kostką brukową to miało co zamarzać. 

Doślizgałam się do stajni, wsypałam koniom jedzenie do żłobów i przystąpić musiałam do zawiezienia im wózeczkiem siana na pastwiska. Kosz na siano mają postawiony akurat na dole więc tym wykostkowanym podjazdem z górki zaczęłam "iść", ale zrezygnowałam. Wózek pchał mnie dodatkowo, nie było opcji na normalne zejście, o powrocie już nawet nie wspominając. No więc musiałam na około wieźć to nieszczęsne siano zmarzniętym polem. Zamarznięte "koleiny" zrobione przez konie nie były zbyt miłym podłożem ani dla mnie, ani dla wózeczka, istniało realne ryzyko skręcenia kostki, ale lepsze to, niż zjazd na tyłku po oblodzonym podjeździe.

Tego dnia miałam zaplanowane dwie jazdy. Wyszłam na plac sprawdzić jak tam się sprawy mają. No i niestety nawet piach był pokryty "lukrem" lodowym. Taka gruba warstwa lodu pokrywała mój plac do jazdy. Pierwszy raz widziałam, żeby dało się ślizgać na piachu. Podłoże kompletnie nie nadawało się do jazdy. W teren też nie było opcji jechać bo po pierwsze nie zjechalibyśmy na dół, po drugie- w terenie też wszędzie będzie zmarzlina, wyjątkiem są tylko pola. Finalnie musiałam to odwołać.

No dobra. Wszystko wszystkim, lód, mróz, cuda na kiju, ale konie to trzeba wypuścić z tej stajni. Tylko jak to zrobić, żeby mi się nie rozjechały jak Bambi?  Sprawa ciężka do myślenia. Na pastwisko prowadzą dwie drogi. Jedna wyłożona kostką, druga piaszczysta, ale oblodzone tak samo. Do tego piaszczysta bardziej stroma. Kostka w miarę równa, a więc decyzja, że idą kostką. Przyszło mi jeszcze do głowy, żeby piachem posypać, ale skąd miałabym go wziąć? 😅

No i czas je wypuścić. Otwieram każdego po kolei no i poszły konie po betonie. Jak tylko wyszły to ogarnęły, że coś jest nie tak i żółwim wręcz tempem brnęły w stronę pastwiska. Kopytka się ślizgały, ale co cztery nogi to nie dwie! Łapały równowagę i szły dalej. Neptun nam się tylko lekko rozjechał jak żaba na liściu i stwierdził, że dalej nie idzie, ale po chwili wziął się w garść i powolutku poczłapał za resztą. Wszyscy cali, bilans poranka- 0 wyrżnięć o ziemię.


Sytuacja podłożowa niewiele zmieniła się przez cały dzień. Coś tam może stopniało, ale wieczorkiem dopadało mżaweczką i zapowiadało się, że w niedzielny poranek będzie to samo.  Póki co w sobotę powoli człapiąc razem z D zrobiliśmy obrządki i poszliśmy jeszcze uprzątnąć mój warsztacik. Jeszcze nim nie jest, uprzątnęliśmy pomieszczenie, które ma nim zostać. Śmieci wywalone do kosza, jakieś skrawki walających się drewienek władowałam na taczkę i w drogę ruszyłam zawieść to do kotłowni... A, że do kotłowni zejście jest strome, a ja pewna siebie wkroczyłam tam równym krokiem nie zwalniając nawet to zdarzyło mi się nieoczekiwanie i nagle usiąść z impetem na tyłek- wywalić się na dupę innymi słowy. Bilans na popołudnie- 1 wyrżnięcie o ziemię... ale przynajmniej robota wykonana.

Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia przed sprzątaniem. Całe pomieszczenie było zawalone śmieciami.


Obawiałam się troszkę o powrót koni z pastwiska bo zazwyczaj, któryś musi sobie biec zamiast iść i tu się bałam, żeby nikt nie wykopyrtnął się przypadkiem, ale konie poradziły sobie i tym razem. Bilans wieczoru- 0 wyrżnięć o ziemię, a całego dnia- 1 wyrżnięcie. Mogło być gorzej 😆


W niedzielę jak podejrzewałam podłoże było takie samo, ale wszyscy nauczeni doświadczeniami dnia poprzedniego poradzili sobie dobrze i nikt nie ucierpiał, a lód zaczął stopniowo ulegać zamianie w stan ciekły. Do wieczora już było znośnie, a dziś rano całkiem stopniało więc moje szanowne 4 litery są już bezpieczne 😜


W piątek pracowałam nieco dłużej niż docelowo z powodu szkolnej uroczystości, a gdy wróciłam do domu to po ogarnięciu stajni musiałam zawieźć Szczeżujskiego do jego pracy. Przedtem jeszcze wpuściłam konie do stajni, a po powrocie dałam im jeść. Zatrzymałam się na chwilę przy Rudym i przeczyściłam go bo trochę utytłany był i postanowiłam, że skrócę mu grzywę. Wyszło fajnie, choć lekko krzywo w niektórych miejscach. Ale proszę nie oceniać 😅 Ciężko obciąć włosy dziecku machającemu głową, a Koniowi jeszcze gorzej bo jego głowa waży więcej niż takie przykładowe dziecko. Dziś ewentualnie poprawię. W ogóle podoba mi się jak mu zaczęły włosy ładnie rosnąć. Przyjechał do mnie postrzępiony, z krótką szczeciną zamiast grzywy i ogona. Kopyta popękany, w stanie tragicznym. Odkąd suplementuję mu biotynę to i kopyta znacznie się ponaprawiały, a grzywa i ogon zaczęły szybciej rosnąć i zagęściły się. Tylko grzywka na czole nie chce się ruszyć. Chyba już taka jej uroda i zostanie jak jest 😅



Po powrocie do domu z pracy dzisiejszego dnia wzięłam się za robienie obiadu chłopakom. Przerabiają hydraulikę w związku z czym w domu jest zimno jak w psiarni. Tak się mówi, choć nie wiem czemu bo mój pies w domu mieszka i nie raz ze mną pod kołdrą śpi.. Może lepszym określeniem byłoby- jak w prosektorium. W każdym razie zimno. Zawrotne 12 stopni w domu, no ale jak się w kuchni zamknęłam z tymi garami na gazie to i dobiłam samą gazówką do 15 stopni 😆 Po obiedzie jak zwykle zajęłam się obrządkiem, a po obrządku znalazłam chwilę na "dymka" w moim ulubionym miejscu za stajnią. Kiedyś tu o nim pisałam Od zera do Ranchera!: Moje zaciszne miejsce + co muszę z nim zrobić
No i tak się rozejrzałam. Wszędzie chlapa i szarość. Klimat mamy jaki mamy, ale jedno jest pewne.. Bez tych plandek i blach wygląda to o wiele lepiej. Jeszcze tylko odmalować to wszystko, ale to już raczej praca na wiosnę... Niestety nie wyrobiłam się. Stare zdjęcia są właśnie w starym wpisie powyżej.

Sceneria może nie jest ładna tak jak na starym zdjęciu, ale płot już nie zasłania mi placu, pól i lasku.

Okazało się, że przeróbki hydrauliki potrwają co najmniej 2 dni, a więc kąpaliśmy się po staremu- w misce, z wodą gotowaną w czajniku. Spaliśmy przy farelce, pod kocami, kołdrami, a ja w kombinezonie miśkowym- czyli mojej tajnej broni na zimno.
Dziś rano na termometrze domowym było 10 stopni. Chłopy! Szybciej tam!
Nie wspomnę również o tym, że wszędzie w domu mam zapylenie po kuciu ścian pod rury...a święta coraz bliżej. Nie wiem jak ja to wszystko ogarnę...