Pół Polski zasypał śnieg. No to ja jestem w tej bezśnieżnej części Polski, ale mam za to mróz 💀 Pogoda w ostatnich dniach troszkę nam tu utrudnia życie, nie powiem, że nie... Na ten przykład w sobotę rano wyszłam z domu, zeszłam po schodkach i w planach mam skierować się w stronę stajni co by moje stadko nakarmić, aż tu o mały włos bym orła nie wywinęła. Okazuje się, że w nocy padał sobie deszcz, który pod wpływem niskich temperatur zamarzł. W efekcie zrobiło nam się na podwórku lodowisko. A że w dużej mierze podwórko wyłożone jest kostką brukową to miało co zamarzać.
Doślizgałam się do stajni, wsypałam koniom jedzenie do żłobów i przystąpić musiałam do zawiezienia im wózeczkiem siana na pastwiska. Kosz na siano mają postawiony akurat na dole więc tym wykostkowanym podjazdem z górki zaczęłam "iść", ale zrezygnowałam. Wózek pchał mnie dodatkowo, nie było opcji na normalne zejście, o powrocie już nawet nie wspominając. No więc musiałam na około wieźć to nieszczęsne siano zmarzniętym polem. Zamarznięte "koleiny" zrobione przez konie nie były zbyt miłym podłożem ani dla mnie, ani dla wózeczka, istniało realne ryzyko skręcenia kostki, ale lepsze to, niż zjazd na tyłku po oblodzonym podjeździe.
Tego dnia miałam zaplanowane dwie jazdy. Wyszłam na plac sprawdzić jak tam się sprawy mają. No i niestety nawet piach był pokryty "lukrem" lodowym. Taka gruba warstwa lodu pokrywała mój plac do jazdy. Pierwszy raz widziałam, żeby dało się ślizgać na piachu. Podłoże kompletnie nie nadawało się do jazdy. W teren też nie było opcji jechać bo po pierwsze nie zjechalibyśmy na dół, po drugie- w terenie też wszędzie będzie zmarzlina, wyjątkiem są tylko pola. Finalnie musiałam to odwołać.
No dobra. Wszystko wszystkim, lód, mróz, cuda na kiju, ale konie to trzeba wypuścić z tej stajni. Tylko jak to zrobić, żeby mi się nie rozjechały jak Bambi? Sprawa ciężka do myślenia. Na pastwisko prowadzą dwie drogi. Jedna wyłożona kostką, druga piaszczysta, ale oblodzone tak samo. Do tego piaszczysta bardziej stroma. Kostka w miarę równa, a więc decyzja, że idą kostką. Przyszło mi jeszcze do głowy, żeby piachem posypać, ale skąd miałabym go wziąć? 😅
No i czas je wypuścić. Otwieram każdego po kolei no i poszły konie po betonie. Jak tylko wyszły to ogarnęły, że coś jest nie tak i żółwim wręcz tempem brnęły w stronę pastwiska. Kopytka się ślizgały, ale co cztery nogi to nie dwie! Łapały równowagę i szły dalej. Neptun nam się tylko lekko rozjechał jak żaba na liściu i stwierdził, że dalej nie idzie, ale po chwili wziął się w garść i powolutku poczłapał za resztą. Wszyscy cali, bilans poranka- 0 wyrżnięć o ziemię.
Sytuacja podłożowa niewiele zmieniła się przez cały dzień. Coś tam może stopniało, ale wieczorkiem dopadało mżaweczką i zapowiadało się, że w niedzielny poranek będzie to samo. Póki co w sobotę powoli człapiąc razem z D zrobiliśmy obrządki i poszliśmy jeszcze uprzątnąć mój warsztacik. Jeszcze nim nie jest, uprzątnęliśmy pomieszczenie, które ma nim zostać. Śmieci wywalone do kosza, jakieś skrawki walających się drewienek władowałam na taczkę i w drogę ruszyłam zawieść to do kotłowni... A, że do kotłowni zejście jest strome, a ja pewna siebie wkroczyłam tam równym krokiem nie zwalniając nawet to zdarzyło mi się nieoczekiwanie i nagle usiąść z impetem na tyłek- wywalić się na dupę innymi słowy. Bilans na popołudnie- 1 wyrżnięcie o ziemię... ale przynajmniej robota wykonana.
Obawiałam się troszkę o powrót koni z pastwiska bo zazwyczaj, któryś musi sobie biec zamiast iść i tu się bałam, żeby nikt nie wykopyrtnął się przypadkiem, ale konie poradziły sobie i tym razem. Bilans wieczoru- 0 wyrżnięć o ziemię, a całego dnia- 1 wyrżnięcie. Mogło być gorzej 😆
W niedzielę jak podejrzewałam podłoże było takie samo, ale wszyscy nauczeni doświadczeniami dnia poprzedniego poradzili sobie dobrze i nikt nie ucierpiał, a lód zaczął stopniowo ulegać zamianie w stan ciekły. Do wieczora już było znośnie, a dziś rano całkiem stopniało więc moje szanowne 4 litery są już bezpieczne 😜
W piątek pracowałam nieco dłużej niż docelowo z powodu szkolnej uroczystości, a gdy wróciłam do domu to po ogarnięciu stajni musiałam zawieźć Szczeżujskiego do jego pracy. Przedtem jeszcze wpuściłam konie do stajni, a po powrocie dałam im jeść. Zatrzymałam się na chwilę przy Rudym i przeczyściłam go bo trochę utytłany był i postanowiłam, że skrócę mu grzywę. Wyszło fajnie, choć lekko krzywo w niektórych miejscach. Ale proszę nie oceniać 😅 Ciężko obciąć włosy dziecku machającemu głową, a Koniowi jeszcze gorzej bo jego głowa waży więcej niż takie przykładowe dziecko. Dziś ewentualnie poprawię. W ogóle podoba mi się jak mu zaczęły włosy ładnie rosnąć. Przyjechał do mnie postrzępiony, z krótką szczeciną zamiast grzywy i ogona. Kopyta popękany, w stanie tragicznym. Odkąd suplementuję mu biotynę to i kopyta znacznie się ponaprawiały, a grzywa i ogon zaczęły szybciej rosnąć i zagęściły się. Tylko grzywka na czole nie chce się ruszyć. Chyba już taka jej uroda i zostanie jak jest 😅





O, dzięki za sugestię - u nas jeden grzejnik coś wysiadł, odpowietrzenie nic nie dało, mówię do męża że zimno jak w psiarni, ale coś go to mało rusza, więc dzisiaj mu powiem, że jak w prosektorium, to może to zadziała, bo on ma bujną wyobraźnię i nie przepada za takimi porównaniami :). Koniś z nową grzywką elegancko wygląda! Ale na tym zbiorowym zdjęciu to widać, że koniki się dziwią, co to się porobiło na tym świecie, ta ślizgawica i zimnica...
OdpowiedzUsuńJak dla mnie to by mogło być zimno, ale z konkretnym śniegiem, a nie przymarzającą mżawką.
Ach, cóż za żywot z tymi mężami... Mój na ten przykład sam się zajął grzejnikami, ja nic nie wspominałam, ale dlaczego do cholerci wybrał sobie grudzień na odłączenie pieca na kilka dni?
UsuńBo mężowie to już takie stworzenia. On robi. Robi bardzo dużo, ale to co sam sobie założy, a jak ja o coś proszę to po pół roku może zrobi ;)
Bo facet jak powie, że coś zrobi, to zrobi, i nie trzeba mu o tym co pół roku przypominać :). A że mu się przypomniało w środku zimy... :)))
UsuńPrzystojniak z Rudego z taką elegancką fryzurą. Temperatury w domu współczuję i trzymam kciuki, aby na święta wszystkie hydrauliczne niedogodności były już tylko wspomnieniem. Miałam dzisiaj w planie zabrać pieski na spacer do lasu, ale jak sprawdziłam stan przyczepności najbliższych ścieżek przy domu i za płotem to szybko zrezygnowałam. Prawdopodobieństwo wyrżnięć, zwłaszcza, jak taki 35 kilogramowy piesek pociągnie w niespodziewanie w bok, bo coś mu nagle zapachnie było praktycznie 100 procentowe ;)
OdpowiedzUsuńNo faktycznie, ryzykowne. To takiego 35 kilogramowego słodziaka trzeba do sanek podczepić i tak na spacery jeździć :)
UsuńNo ja właśnie rok temu zaliczyłam takie wyrżnięcie, jak mi nagle prawie 40kilogramowy piesio wyrwał się w bok do innego psa. Dobrze że pogoda była wredna i zapatuliłam głowę czapką i kapturem, to nie rozwaliłam głowy, tylko na brodzie blizna mi została do dzisiaj, ale i tak mnie solidnie zamroczyło. Teraz mąż chodzi z psem, ja mogę co najwyżej towarzyszyć.
UsuńOjoj to współczuję takiej gleby. Zwierzątka nasze kochane czasami potrafią być ciut nieokrzesane :)
Usuń