I tak oto nie wiadomo kiedy z jesieni zrobiła nam się zima. Ostatnie liście jeszcze dzielnie trzymają się gałązek, ale to już tylko pojedyncze sztuki. W większości pozostały już tylko smutne kikuty. No wiadomo.. czego się spodziewać w połowie listopada? Braku liści na pewno. Śniegu i sopli niekoniecznie 😅 Nie jest to żadna anomalia, ale obserwując co się dzieje z naszym klimatem byłam pewna, że listopad minie we względnie przyjaznym klimacie. A tymczasem mrozi ❆
W poniedziałek przyjechała K na jazdę. Poszłyśmy po konie, osiodłałyśmy i wybrałyśmy się na spacer w teren. Na dokładnie 10 minut bo nagle zaczęło tak walić deszczem ze śniegiem, że przemokłyśmy w dwie minuty. Przemoczone ciuchy i niska temperatura to niezbyt dobre połączenie. Ciało wychładza się momentalnie. W ciągu tych dziesięciu minut uda przemarzły mi tak, że ich nie czułam. Właśnie od połączenia deszczu z zimnicą. Zawróciłyśmy więc. Po dotarciu do stajni co prawda padać przestało, ale za nic nie jechałabym dalej w mokrych ubraniach.
Przy sprowadzaniu koni z pastwiska zauważyliśmy, że młoda ma szramę nad nosem... Obejrzałam z każdej strony i telefon do weta, niech zdecyduje czy trzeba szyć. Szrama dość głęboka więc zakładałam, że raczej bez szwów się nie obejdzie. Ostatecznie weterynarz założył 1 szew. Tragedii nie ma, rany na głowie zazwyczaj bardzo dobrze się goją. Mamy pryskać cyclosprayem z antybiotykiem i oczyszczać wodą. O tyle o ile woda utleniona nie robi na młodej większego wrażenia, tak już pryskanie sprayem ponad nosem jest dla niej nie do zaakceptowania więc by nie walczyć o życie swoje i jej pryskam wacik sprayem a następnie przykładam go do rany. Czy są inne opcje? Owszem są. Mogę ją przywiązać do metalowego słupa i spryskać na siłę, ale po co? Po co narażać konia na dodatkowe urazy, gdy uwiązany będzie się szarpał i próbował oswobodzić? Niepotrzebne mi traumy u niej żadne traumy i złe wspomnienia.
Wiadomo, że najlepiej jest konia po prostu nauczyć takiej rzeczy. No i tak zrobiłam. Odczulałam ją na wszelkie spryskiwacze. Spryskiwana była na muchy, spryskiwaną miała grzywę, ogólnie pryskana i myta nie raz i nie dwa. Spray jest czymś innym, ale nadal akceptowała te odgłosy i dotyk w okolicy szyi czy łopatki, a nos jest po prostu miejscem, na którym rzadko konie akceptują jakiekolwiek specyfiki. Tak więc pozostaje mi przykładać waciki dla dobra nas wszystkich 😅Za 10 dni mam szew do zdjęcia więc nie mogę zrazić jej do dotykania okolic nosa, żeby mi ten szew dała wyjąć.
Tak już będąc w tematach weterynarii to każdy koniarz wie, że podstaw wypada się nauczyć bo bez tego ani rusz:
Często jest tak, że weterynarz zostawia antybiotyki w zastrzyku hodowcy/właścicielowi. To znaczy, wet może przyjechać je podać, ale to wszystko kosztuje. Weterynarz ma zazwyczaj pewny kawałek do przejechania co wiąże się z kosztem. Każde przyjechanie do zwykłego zastrzyku to koszt w granicach 100-200 zł (za sam przyjazd) dlatego koniarze sami uczą się takich podstaw jak chociażby zastrzyki by wet mógł nam zostawić strzykawki i nie musiał jeździć do nas bez sensu. Zastrzyki domięśniowe czy dożylne, rozpoznawanie kulawizny i wstępna diagnoza. Potrafimy sami ocenić na którą nogę kuleje koń, jaki mniej więcej jest stopień bólu i gdzie mniej więcej boli. Po temperaturze danej kończyny jesteśmy w stanie rozpoznać czy to sprawa kopyta, pęciny czy może problem leży gdzieś wyżej. Dzięki takiej wstępnej diagnozie jesteśmy w stanie zareagować od razu i posmarować bolące czy puchnące miejsce żelem chłodzącym, rozgrzewającym lub przeciwbólowym. Taka szybka reakcja potrafi zapobiec konieczności interwencji ze strony weterynarza. Często można zapytać o zalecenia przez telefon jeśli jesteśmy w stanie przedstawić konkretne objawy.
Każdy właściciel koni powinien również być świadomy swojej omylności i w przypadku występowania objawów schorzeń poważnych np. kolki wezwać niezwłocznie weterynarza. Nie wszystko da się ogarnąć samemu (choć wiem, że niektórzy hodowcy mają w apteczce nawet leki na kolkę i inne poważne choroby), a pomoc weterynarza jest nieunikniona w niektórych przypadkach. Nie można polegać tylko i wyłącznie na sobie, niemniej jednak w większości przypadków to nasze drobne pojęcie weterynaryjne jest w stanie zaoszczędzić nam dużo czasu, pieniędzy, a przede wszystkim cierpienia naszym podopiecznym.
Tak mnie naszła jeszcze taka refleksja na ten temat, że po co ja to mówię, po co ja to piszę. Przecież każdy koniarz to wie. Otóż nie do końca. Znam osobiście przypadki kiedy to zwykły szary Kowalski postanowił, że zacznie hodować konie. A tak sobie bo są piękne, dostojne, lubi je no i może coś uda się zarobić na tej hodowli. Jak myślicie? Jak często w takiej stajni zdarzają się wypadki? Poszkodowani ludzie lub konie? Nie wiem bo statystyk nie posiadam, ale często. Osoba, która nigdy z końmi nie pracowała nie posiada zdolności przewidywania- to jest coś co my koniarze posiadamy. Wszędzie, w każdym przedmiocie i sytuacji widzimy potencjalne groźne sytuacje i potrafimy przewidzieć jak koń się zachowa. To taka końska logiczność, nie wiem czy jestem w stanie to wytłumaczyć. Ja na przykład od razu wiem, że jeśli założę na siebie kurtkę która szeleści to mogę mieć nie do końca przyjemną jazdę konną. Wiem też, że jeśli wejdę między Rudego i Narwala i poczęstuję je jabłkiem to będzie ok, ale jeśli wejdę między na przykład Rudego i Neptuna to jest duże prawdopodobieństwo, że jeden spróbuje odgonić drugiego i mogę niechcący zostać potrącona. Wiem, że jeśli Szczeżujski przykryje dziś drzewo białą plandeką zamiast niebieską jak zawsze to przy schodzeniu z pastwiska będzie szał ciał bo co to za straszna zmiana w krajobrazie. Z końmi trzeba dużo przejść by nauczyć się tych umiejętności, a niestety i tak nie jesteśmy często w stanie uniknąć nieprzyjemnych sytuacji niemniej jednak znacznie zmniejsza to ryzyko groźnych wypadków.
Miałabym życzenie żeby każdy, kto chce kupić sobie konie (albo co gorsza konia- bo nie wie, że to zwierzę stadne i potrzebuje towarzysza) najpierw popracował z rok w jakiejś stajni i nauczył się chociaż podstaw. Tak po prostu. Żeby ograniczyć cierpienie koni i często też niewinnych i nieświadomych ludzi.




Nie pracuję z końmi, nawet nie jeżdżę konno i nie bardzo się na tym wszystkim znam, ale lubię te zwierzaki, więc czytam te wszystkie historie z wielkim zainteresowaniem. Jeśli chodzi o zdrowie zwierząt, to chyba każdy zwierzolub w jakimś stopniu musi posiąść podobne umiejętności "znachorskie". My mamy koty i psy, przygarnialiśmy różne poszkodowane znajdy i trzeba było nauczyć się podawać zastrzyki czy zdejmować szwy, żeby oszczędzić nie tylko pieniądze i czas, ale i stres zwierzaków związany z wizytą u weta. Oczywiście z kotem czy psem (zwłaszcza małym) jest trochę łatwiej, niż z dużym koniem... a może to zależy od charakteru zwierzaka...?
OdpowiedzUsuńZdecydowanie dużo zależy od charakteru ;) Myślę, że o wiele łatwiej jest sobie poradzić z dużym, ale spokojnym koniem niż z szamoczącym się, drapiącym i gryzącym pomiotem szatana w kociej skórze ;) Choć moje koty w miarę spokojne są przy wszelkich zabiegach.
UsuńAle jeśli już bym miała wybierać między wściekłym kotem, a wściekłym koniem....żartuję, wybrałabym konia :D Im jest łatwiej "wytłumaczyć" niektóre rzeczy niż kotu indywidualiście ;)
Zdrowia dla konika, niech się szybko goi. Dobrze, że piszesz o tym wszystkim, nieodpowiedzialnych ludzi, którzy wpadają na różne pomysły, jest niestety pełno. Nie każdy pomyśli, czy coś jest dla nich, a tu jest odpowiedzialność za żywe stworzenie.
OdpowiedzUsuńA co do pogody to ja mam dość jesieni i choć nie lubię zimna to śniegiem bym nie pogardziła :)
To taka sama odpowiedzialność jak za każde inne stworzenie, z tą różnicą, że weterynarz kosztuje więcej, utrzymanie kosztuje więcej, no i koń wymaga o wiele więcej pracy codziennie.
UsuńChociaż nie wiem czy ma to jakiekolwiek znaczenie bo odpowiedzialna osoba, która kocha zwierzęta nie pozwoli by kot, pies, koń czy jakiekolwiek inne zwierzę spotkała krzywda i zawsze zapewni mu wszystko czego potrzebuje. I nie ważne czy kosztuje to mniej czy więcej.
I bardzo dobrze, że o tym piszesz! Zresztą bardzo sprawnie Ci to pisanie wychodzi. Widać, że konie to Twoja pasja. A ten jesienny śnieg zwykle nie leży długo. Przyjemnego weekendu 🤗
OdpowiedzUsuńOj tak :) Pasja od dziecka
UsuńZgadzam się ^^ jako dziecko marzyłam o koniach ale jak podrosłam to uświadomiłam sobie ile to wymaga czasu i wiedzy (ale marzyć zawsze można :)
OdpowiedzUsuńAleż marzenia trzeba spełniać :) Z końmi to jest tak, że wymagają albo dużo czasu- stajnia przy domu, albo dużo pieniędzy- trzymanie konia u kogoś w stajni. No i oczywiście tej wiedzy... Ale dla chcącego nic trudnego :) Zawsze można się zahaczyć gdzieś w stajni do pomocy. Pomagać przy koniach i podpatrywać, rozmawiać z osobą doświadczoną. To wszystko jest do zrobienia tylko trzeba do tego odpowiednio i odpowiedzialnie podejść :)
UsuńTę samą zasadę stosuję na sobie co Ty na koniach. Przy lekkich niedomaganiach do Internetu i apteczki, przy mocniejszych do apteki i dopiero przy poważnych do lekarza. A do specjalisty to raz na dekadę.
OdpowiedzUsuńOj na sobie to ja w ogóle stosuję zasadę, że póki chodzę i oddycham to nic mi nie jest ;) Ale im starsza jestem tym zaczynam podchodzić do tego inaczej i powoli, nieśmiało zaczynam umawiać się do lekarzy na rutynowy przegląd.
UsuńZ moimi zwierzakami to jest tak, że błahostki zostawiam dla siebie, ale jak tylko mam wątpliwości to dzwonię do weta. Konie to niestety wbrew pozorom dość delikatne stworzenia, zwłaszcza w temacie żołądkowym. Przez specyficzną budowę układu pokarmowego nie mogą wymiotować, a to oznacza, że zatrucia, wzdęcia itd mogą być dla nich nie tylko bolesne, ale i w skrajnych przypadkach śmiertelne.
Oj, ale marzenia trzeba spełniać :)
OdpowiedzUsuńJa sama się w moim kocim stadzie czuję jak mały wet,. ale taki wyłapujący, że jest coś nie tak i za chabety i do weta. ;D
Bardzo mądry i ważny wpis. Widać w nim ogrom doświadczenia, empatii i odpowiedzialności za konie – dokładnie tego, czego często brakuje osobom „z przypadku”. To przewidywanie, o którym piszesz, ta końska intuicja, nie bierze się znikąd i nie da się jej przeczytać w poradniku. A sposób, w jaki podeszłaś do młodej i leczenia rany, tylko pokazuje, że dobro i psychika zwierzęcia są dla Ciebie na pierwszym miejscu. Oby takich refleksji było więcej i oby trafiały do tych, którzy dopiero myślą o własnej hodowli.
OdpowiedzUsuń