Uff. Długi weekend- ciężki weekend. Może nie tyle zapracowany i ciężki fizycznie co bardziej zmęczyło mnie zamieszanie. Od piątku, gdy tylko wróciłam z pracy zaczęły się problemy. Okazało się, że dziadzio Narwal kuleje i to solidnie. Nie mógł praktycznie postawić nogi na ziemi. Od razu sprawdziłam mu kopyta i nogi czy coś grzeje, czy coś puchnie. Na tamtą chwilę nic nie zauważyłam. Wyprowadziłam go z padoku i postawiłam na małej kwaterce, żeby miał ograniczony ruch. Wiadomo jak to konie między sobą potrafią się przeganiać , więc trzeba było zagwarantować naszemu emerytowi spokój. Byłam w ciągłym kontakcie z A i poczęłyśmy wzywać weterynarza. Piątek popołudnie, nikt już nie chciał przyjechać. W każdym razie kulawizna to nie stan zagrażający życiu więc musiałam wziąć się za swoje obowiązki, na które miałam niewiele czasu bo Szczeżujskiego trzeba było zawieźć do Starogardu aż. Także raz dwa na jednej nodze ogarnęłam stajnię i powpuszczałam konie nieco szybciej by nie musiały do nocy stać i czekać aż wrócę. Sianka dostały wystarczająco do mojego powrotu. Gdy zamykałam w stajni Narwala zauważyłam, że lepiej mu z tą nogą bo stawał na niej chociaż, ale dalej widoczna była sztywność i lekka kulawizna. Po powrocie ze Starogardu dodzwoniłam się do weta, który obiecał być w sobotę. A więc czekać. Musiałam jeszcze ogarnąć troszkę dom bo miałam mieć gości lada chwila. Przyjechali rodzice w odwiedziny i zostali na noc. W piątek wieczorem jeszcze raz sprawdziłam nogę staruszka i tym razem poczułam niewielką opuchliznę i zmianę temperatury nogi. Była cieplejsza, a więc zdecydowałam się zastosować żel chłodzący. Okazało się to dobrym pomysłem bo na drugi dzień okazało się, że pomogło.
Sobota po porannym ogarnięciu koni wróciłam na kawkę i śniadanko. Rodzice zbierali się do wyjazdu, a ja do wyrzucania obornika. Wraz ze Szczeżujskim i panem, który przyjeżdża po ten cenny bio odpad sprzątęliśmy stajnię. Panowie jak załadowali tak się zawinęli, a ja jeszcze odkaziłam boksy wapnem i zaczęłam śnielić słomę, wlewać wodę i szykować siano na wieczór. Niewiele zdążyłam zrobić bo musiałam pozamykać konie bo za chwilę miał przyjechać weterynarz. Sprawdził Narwalskiego, obejrzał, podotykał i stwierdził, że zapewne dziadek się gdzieś uderzył, czy źle stanął skoro od wczoraj była taka duża poprawa. Bo była. Przy weterynarzu w stępie praktycznie nie kulał, tylko w kłusie. Wet potwierdził, że dobrym pomysłem było schłodzenie nogi i zalecił chłodzić jeszcze, a w razie regresu przyjechać do niego po przeciwzapalne lekarstwa. Przy okazji swojej wizyty zaszczepił nam również ekipę na tężca i grypę.
Tego dnia miałam mieć kolejnych gości. Pierwsi przyjechali niedługo po odjeździe weterynarza. Zdąrzyłam wypuścić konie i dokończyć rozdawanie siana. Nie byli to co prawda moi goście, bardziej Szczeżujskiego, ale z uwagi na to, że musiał jechać do pracy ja zostałam z nimi. Spiłam kawę i za chwilę musiałam owych gości zostawić i jechać po siostrę, która miała przyjechać do mnie ze swoim chłopem. Jechali 3 godziny pociągiem, a następnie przez roboty drogowe na trasie z Gdańska do nas jechali dwie godziny autobusem. Katastrofa.. Wieczór minął nam już luźno, od razu po przyjeździe poszłyśmy z M i I do stajni zająć się czyszczeniem koni, a następnie siedzieliśmy sobie wszyscy przy stole grając w państwa miasta i rozmawiając.
W niedzielę wstałam rano i poszłam nakarmić kopytne dzieciaki, a następnie wypiłam sobie kawkę z I, która też rano wstała. Za chwilę zszedł B więc zaproponowałam wszystkim śniadanie. Poszłam obudzić siostrę i jej chłopa no i zabrałam się za robienie jajecznicy dla całej ekipy. Zjedliśmy, popiliśmy, przebraliśmy się i poszlismy do stajni bo I obiecałam, że posadzę ją na konia. Przyjechała dodatkowo jeszcze dziewczyna, która była ze mną umówiona na jazdę. Obrobiliśmy się w godzinę, a po tym już mogłyśmy z M wsiąść i pojechać na siostrzany teren prosto przed siebie. Przejażdżka się udała, było bardzo fajnie choć troszkę ospale bo nie chciałyśmy przemęczać koni po szczepieniu. Koń tak jak i człowiek może odczuwać negatywne skutki po szczepieniu i być osłabiony. Po powrocie przykryłyśmy koniska derkami, bo troszkę się spociły więc lepiej było je wysuszyć pod derką niż narażać na zaziębienie. Wystarczyła chwilka i koniska były suche więc wypuściłyśmy je na pastwisko. B oraz I już pojechali do domu, a ja z M po powrocie z terenu i wypuszczniu koni naszykowałyśmy w stajni już wszystko na później i poszłyśmy coś zjeść. Później niedziela minęła nam na wspólnym graniu na ps4, ale szybko odpadliśmy zmęczeni aktywnym dniem. O 21 wszyscy już byli w łóżkach.
Poniedziałek to powtórka niedzieli z tym, że bardziej lajtowo bo nikt nie był umówiony ani nie było więcej żadnych gości. Od rana karmienie i postanowiłam, że tym razem zrobię stajnię już z samego rana po wyczyszczeniu koni, żeby mieć spokój na później, no ale że nie trwa to 5 minut a około 1,5 godziny to M zdążyła wstać i przyjść mi pomóc w końcówce. Potem poszłyśmy zjeść śniadanie i wypić kawę. Później pomogłyśmy Szczeżujskiemu powozić drzewo do stodoły, a następnie znów siodłanie i wyjazd na spacerek. Tym razem jednak jeszcze krótszy i bardziej powolny bo Neptun postanowił bryknąć, a M wystraszyła się i nie chciała jechać szybciej... No nie spodziewałam się, że taki się cykor z niej zrobił. Cóż. Nie dla wszystkich są szaleństwa i galopady, nie wszyscy mają tyle odwagi. Koniec końców podobał mi się ten teren z jednego względu- Rudy ani razu nie odwalił cofki i nie uciekał. Szedł żwawo i chętnie do przodu i praktycznie niczego się nie bał. Byłam z niego naprawdę dumna. Po powrocie misiek dostał smaczka i marchewkę w nagrodę za super prowadzenie terenu no i konie znów pomaszerowały na pastwiska. Później dzień nie wiadomo kiedy zleciał na tyle, że nadszedł czas zamknąć konie do stajni i jechać odwieźć M i A na autobus- finalnie na pociąg bo autobus nam zwiał ;)
Po powrocie do domu i nakarmieniu koni poszłam przebrać się w piżamy i zaległam w łóżku. Włączyłam sobie Heweliusza (polecam serial! Jest naprawdę wciągający) i po obejrzeniu odcinka czy dwóch zasnęłam. Nie było jeszcze 22.
11 listopada minął mi jak zazwyczaj mijają mi niedziele. Idę zrobić tylko to co niezbędne i konieczne, a resztę czasu poświęcam na regenerację czyli leżenie i czytanie książek lub oglądanie seriali. Czasami wybieramy się ze znajomymi na jakiś obiad czy obiadokolację i tym razem też tak było. I to by było na tyle jeśli chodzi o długi weekend. Było intensywnie, było męcząco. Wesoło i ekscytująco też. Jako introwertyk czuję się zmęczona i przebodźcowana, ale z drugiej strony cieszą mnie odwiedziny siostry i tyle czasu wspólnie spędzonego z nią i z końmi. A więc bilans na plus :)
Mam naprawdę dużo chęci by jeździć często w tereny, ale niestety nie mam konia, który sam poszedłby w teren.. No i tak mnie natchnęło wczoraj wieczorem, że muszę spróbować popracować ze swoimi końskimi dziećmi i nauczyć je chodzenia w samotne tereny. Nie zawsze mam możliwość jeżdżenia z kimś, a taka aktywność nastraja mnie mega pozytywnie. Tak więc do dzieła. Nie wiem czy od razu czy poczekam do wiosny, ale muszę się wziąć za pracę z nimi 😉 Taki to mój przedwczesny cel noworoczny- pojechać w samotny teren i przeżyć 😊




Fajnie, że mogę u Ciebie poczytać jak opiekować się tymi wspaniałymi zwierzętami. Ciągle coś się dzieje. Nie ma nudy.😉😆 I uważam, że planowanie i regularne próby (ćwiczenia) to droga do sukcesu. 👍
OdpowiedzUsuńFajnie, że cię to interesuje ;)
UsuńOj nudy nie ma, a czasami chciałabym się tak ponudzić :)
Ufff... ja się zmęczyłam czytając... ;). Żeby tak można było wziąć sobie z tego same przyjemne momenty, to by było cuuudnie :))). Pogłaskaj ode mnie koniki - wspaniałe zwierzaki!
OdpowiedzUsuńO właśnie, tak sobie wyjąć same przyjemności to by było coś :) Chociaż te ciężkie momenty też bywają same w sobie przyjemne. Na przykład czyszczenie. Często nie chce mi się tego robić, ale jak już wyczyszczę konie to jestem zadowolona. Gdyby ktoś tak zrobił to za mnie to czy byłoby to dla mnie przyjemne? Chyba nie ;)
UsuńTak mi się zdaję, że konie kocha więcej kobiet niż mężczyzn. Ja lubię zwierzęta. Raz jechałem na koniu prowadzony przez kogoś. Nie zaiskrzyło.
OdpowiedzUsuńA to zależy w jakim kraju i w jakim regionie ;) Weźmy na przykład Stany Zjednoczone. Oni tam jeszcze pamiętają czasy, gdy pełno było rancherów i cowboy'ów. Tam niektórzy mężczyźni kochają konie bardziej niż luksusowe auta.
UsuńU nas w Polsce zdecydowana większość osób jeżdżących konno to kobiety/dziewczynki. Słowo klucz- jeżdżących ;) To wszystko należy też wsypać do sitka i rozsiać te osoby, które kochają konie od zawsze i na zawsze i te, które twierdzą, że kochają konisie bo to modne i fajne ;)
Jeśli wziąć pod uwagę zawody jeździeckie wyższej rangi to zdecydowaną większość zawodników stanowią mężczyźni... a to taki sport jest, że jeśli koni nie kochasz to nic w nim nie osiągniesz ;)
Podziwiam Cie nieustannie a właściwie to Was ( dlaczego Szczeżujski)? Mam takie dni, że nic a nic, tylko od łóżeczka do stolika a Ty musisz bo dziecka czekają i same się nie obsłużą. Jak mi nic sie nie chce to sobie poczytam co u ciebie i zrywam się do zadań. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńMiło, że nasze życie może być motywacją do zadań specjalnych ;)
UsuńDlaczego Szczeżujski? A no żeby nie upubliczniać danych męża mego musiałam wymyślić mu ksywkę. A że humorystycznie niektórzy nazywają małżonków- małżami ;) Ja swojego nazwałam Szczeżujskim- to taki gatunek małż- Szczeżuja. Nawet taka bajka dla dzieci leciała w tv ;)