Doczekałam się. Nareszcie się doczekałam... Temperatury mamy takie, że śnieg topnieje w oka mgnieniu. Na polach co prawda jest go jeszcze sporo, ale zmienił się w taką śnieżną kaszkę, która jest łatwa do przebycia.
Dzwonię w piętek do D i mówię: Stary, nie interesuje mnie co robisz w sobotę, odwołuj randki i wpadaj mi tu bo jedziemy w teren!
D postąpił jak na prawdziwego przyjaciela przystało.. Odwołał randki, bo dla nas koniarzy nie randkowanie jest ważne tylko ta pasja! No i przyjechał.
I tak oto w sobotę wraz z D, ogarnęliśmy konie i wybraliśmy się w ten długo wyczekiwany teren. My w siodłach nie siedzieliśmy ponad 2 miesiące więc siedzenia nasze szanowne tyłkami zwane odzwyczaiły się od tej czynności na tyle, że w chwili obecnej (3 dni po) odczuwam zakwasy od stóp do głów.
No więc najpierw mieliśmy zacny plan wzięcia rumaków na lonżę i przepędzenia ich co by nie chciały nas pozabijać jak wsiądziemy na nie po takiej przerwie, ale ostatecznie zabrakło nam czasu i jak to zawsze ja oznajmiłam....A kij tam! Jedziemy na żywioł. No to pojechaliśmy na żywioł. Czułam się niczym Wonder Woman, nieustraszona i gotowa na wszystko. A nasze konie wcale nie zamierzały nas mordować, poszły z nami w ten teren jak potulne kotki. I powietrze uszło z mego balonika w kształcie super nieustraszonej bohaterki 😅
Nie licząc początkowych cofanek to tren poszedł nam całkiem fajnie. Rudy i Neptun mają to do siebie, że zgapiają od siebie wszystko jak papugi. Jeden się wystraszy to drugi też. Jeden się cofa zamiast iść do przodu? Drugi to samo. Jak nie chcą iść to oba na raz, a jak już idą to też jeden przez drugiego. Koszmar z nimi czasem. No ale to nic innego tylko nasze pobłażanie. Po coś jednak te baciki istnieją i trzeba takiego popędzacza zabrać ze sobą bo niedługo nam konie zaczną robić co chcą.
Gdzieniegdzie na drogach był jeszcze lód, zwłaszcza na drogach prowadzących przez zagajniki tam gdzie słońce ma ciężko się przebić. Jechaliśmy powolutku niczym saperzy siedzący na bombie, ale na szczęcie był to tylko kawałeczek i na szczęście nie było aż tak ślisko. Konie poradziły sobie bez problemu. Cały nasz wyjazd był głównie stępem, bez szaleństw, ale w drodze powrotnej jeszcze postanowiłam, że sobie zagalopujemy. I tak polecieliśmy sobie polami w drogę powrotną i powiem wam.... nie wie nikt jakie kto uczucie.. Wie tylko ten, który pędził galopem po polu z rozwianymi włosami... Mieszanka adrenaliny i poczucia wolności, tak wygląda właśnie szczęście, pasja...
Nie żeby było zbyt kolorowo bo jednak na koniec konie postanowiły nam uatrakcyjnić nieco ten galop i zaczęły zwinnie wywijać baranki i urządziły nam małe rodeo. Ale, że Wonder Woman już dawno została odesłana to adrenalina podskoczyła nam nieco 😜 Na szczęście mimo długiej przerwy nie daliśmy się i zostaliśmy na górze, nikt nie sprawdzał jakości podłoża przy pomocy twarzy 😅
Po powrocie porobiliśmy koniom kopytka, włączyliśmy nawet livea w słynnych mediach społecznościowych, tak że znajomi mogli z nami siedzieć w stajni i czyścić konie ;) Wirtualnie.
Dużo radochy dał mi ten dzień, oczywiście zapomniałam o wszystkich smutkach i liczyło się dla mnie tylko to co robię w danym momencie. Szczęście było na pierwszym miejscu. Jeszcze ekscytacja, adrenalina i po prostu wolność. Poprawiło mi to znacznie humor. Co prawda smuteczki znów zaczynają się przebijać, ale słoneczne dni pomagają i wzmacniają ten murek szczęścia, który stworzyły konie i ten wyjazd w teren. Przede wszystkim mam więcej siły by z tym walczyć. Tereny czynią cuda!
Aktualnie moje zmartwienia są pochowane i jedynym co mnie uwiera jest to, że chodzę jak kowboj bo zakwasy w przywodzicielach tak pieką, że nie pozwalają na normalne chodzenie 😅 Ale wystarczy się rozruszać i wsiąść znowu na konia. Im częściej się jeździ tym szybciej owe niedogodności znikają i przestają występować następnym razem.
I teraz... być dobrej myśli i na razie nie myśleć o problemach.. To będzie przepis na odrobinę oddechu.
PS: 23 lutego minął dokładnie rok odkąd Rudy jest ze mną 💓 Ten rok był wspaniały dzięki niemu. Jest wspaniałym przyjacielem. Ja mu daję wszystko co najlepsze, zadbałam o niego po tym jak przyjechał do mnie chudy i zapadnięty, a on mi codziennie rano daje rżenie i przytulasy pyszczkiem. Tak jak pisałam rok temu- już po zdjęciach się zakochałam i jak zwykle okazało się, że się nie myliłam. Mam tego czuja jeśli chodzi o zwierzęta i nie wiem czym to jest spowodowane. Zawsze te zwierzaki, które ja wybieram z jakiegoś powodu są bezproblemowe i kochane. Cieszę się, że nasza wspólna historia się zaczęła i tak sobie trwa. Cieszę się, że poruszyłam niebo i ziemię żeby uzbierać kwotę na kupno tego konia. Może to niepoważne, ale to było dla mnie kwestią życia i śmierci. Coś niewytłumaczalnego pchało mnie żeby kupić koniecznie tego konia...
Po przyjeździe miałam wątpliwości. Był chudy, jego grzbiet był wygięty lordozą. Obawiałam się, że może być chory. Tak czy siak zaryzykowałam... Odkarmiłam, popracowałam nad mięśniami grzbietu, dobrałam odpowiedni sprzęt, zbadałam... i jest dla mnie wspaniałym przyjacielem..
Zdjęcie zrobione dokładnie rok temu:




No to życzę Wam z całego serca jeszcze wiele, wiele wspólnych pięknych lat! Koniś przeuroczy, wcale się nie dziwię, że się na niego uparłaś :). A co do przejazdżki, to przecież znane jest powiedzonko, że najwieksze szczęście na świecie na końskim leży grzbiecie :).
OdpowiedzUsuńO tak, moje ulubione powiedzonko :)
UsuńTwoja energia i pasja do koni są absolutnie zaraźliwe. To niesamowite, jak mocno potrafisz się włączyć w te chwile – adrenalina galopu, radość z wolności i ten moment, kiedy wszystkie problemy zostają w tyle… naprawdę widać, że to nie tylko hobby, ale część Twojego życia.
OdpowiedzUsuńSzczególnie wzruszyła mnie historia Rudego – widać, ile serca włożyłaś w jego wychowanie i jak bardzo się nawzajem wspieracie. To, że mimo wszystkich wątpliwości zdecydowałaś się go przyjąć i dać mu dom, pokazuje, jak ogromne masz zaufanie do własnej intuicji i empatię wobec zwierząt. Takie relacje są bezcenne.
I oczywiście – te zakwasy po 2 miesiącach przerwy 😅 czuję to w swoim wyobrażeniu! Ale wiesz co? Warto, bo w zamian masz te chwile totalnej radości, o których się długo pamięta. Mam nadzieję, że przed Wami jeszcze mnóstwo takich wyjazdów, pełnych emocji, śmiechu i szczęścia, które dają tylko konie i pasja, która płynie z serca.
Cieszę się, że zarażam :) Im więcej koniarzy na świecie tym weselej :)
UsuńHejka :) Cieszę się wraz z Tobą :D
OdpowiedzUsuńChwilo, jakżeś piękna! Trwaj, nie uchodź mi! To podobno Goethe ...
OdpowiedzUsuńPrzegląd od AI
„Trwaj chwilo, jesteś taka piękna” (niem. Verweile doch, du bist so schön!) to słynny cytat z dramatu „Faust” Johanna Wolfganga von Goethego. Faust wypowiada te słowa jako warunek paktu z Mefistofelesem, oznaczające pełnię szczęścia i spełnienie
Nie uchodź!
UsuńWitaj! Ciekawa jestem, czy koniki też się cieszyły na ten wyjazd w teren? Wyjątkowo spodobała mi się idea czyszczenia kopytek online.😁
OdpowiedzUsuńW rudościach Wam do twarzy. Serdecznie pozdrawiam.🤗🫶
Tego to nie wiem czy się cieszyły ;) Podejrzewam, że wolałyby opychać się sianem, ale ruch jest im potrzebny ;)
UsuńTak, czyszczenie koni online było dla nas ciekawym doświadczeniem :) Na pewno to powtórzę.
Słuszna uwaga, nie samym sianem żyje konik. 😉
UsuńPiękna relacja — czuć radość, wolność i ogromną więź z Rudym. Takie dni naprawdę dodają siły 🙂
OdpowiedzUsuń